Świat dookoła mnie dopadła jesienna pogoda w bardziej paskudnym wydaniu. Nadmierna wilgoć atakuje zatoki, nadmierne ochłodzenie poraża stopy i nosy. Brak słońca działa tak uspokajająco, a jednocześnie pobudza wszystko to, co do tej pory skryte było w półmroku. Przeraźliwie lodowate krople październikowego deszczu zmywają wyrzuty sumienia prawie równie dobrze, jak upojenie alkoholowe. Wszędobylskie koty wychodzą ze swych kryjówek by zaprzyjaźnić się z naszym ciepłem. Oczy wreszcie mogą odpocząć po intensywności letnich barw. Nie jestem szczęśliwa, ale chciałabym, by moje życie zawsze było takie, jakie jest teraz. Moją jedyną strawą przez czas jakiś pozostać musi poczucie, że udało mi się osiągnąć to, czego zawsze chciałam. Mogę już poskreślać z mej listy do marudzenia stwierdzenia, że „nie mam prawdziwych przyjaciół”, że „nikomu się nie podobam”, oraz że „nikt na mnie nie zwraca uwagi”, a „moje życie jest nudne i nieatrakcyjne”. Skończyło się, a jestem o jeden schodek bliżej piętra dorosłości, już takiej całkiem na serio. Pokonałam wszystkie swoje potwory. I w ogóle nie sprawia mi to żadnej radości. Przeżywam, złorzeczę i gorączkuję się przez spóźniające się tramwaje, przez opóźnienia pociągów, przez zbieg niefortunnych wydarzeń, przez nieprzemyślaną wypowiedź, przez natłok obowiązków i wydumany brak czasu na ich wykonanie. Jestem zmęczona, a pokonywanie kolejnych trudności przestało mnie bawić w jakikolwiek sposób. Moje aktualne życie jest tak pełne wrażeń i wydarzeń, że aż mnie to nudzi. Psychicznie jestem karaluchem, przetrwam wybuch bomby atomowej. Jestem twarda jak Rambo. Jestem silna jak Supermen. Jestem bezwzględna jak Terminator. Jestem pełna wdzięku jak Lara Croft. Przestałam się bać czegokolwiek, no może poza wyjściem na idiotkę i egzaminem z biochemii. Nie potrzebuję nikogo udawać, ani nawet nikogo słuchać. Nie muszę nikomu na siłę się przypodobywać i to chyba lubię teraz najbardziej. Jestem przez połowę życia przygnębiona, melancholijna i zamyślona i to, jak inni na to patrzą, mam tak bardzo w dupie, że przez całe życie pozwalam sobie taka być, zamiast sięgać po jakiś amerykański poradnik filozofii „Keep smiling”. Chciałabym wreszcie zrobić coś, co będzie miało sens. Zostałam stworzona do wyciągania dzieci z pożarów, niesienia pomocy ludzkości, ratowania świata i czynienia go lepszym, a nie mogę nawet krwi oddać. Mam w sobie coraz mniej chęci na cokolwiek, coraz bardziej chowam się i wycofuję w mrok. Jeżeli ktoś by mnie szukał, wie, jak można mnie znaleźć. TylkoNieZostawiajcieMnieTuSamejNaZbytDługo.
Ludzie stają się tacy okrutni, kiedy dorastają. Po kolei
porzucają świat swojej wyobraźni, różowe okulary, przez które postrzegają świat
i młodzieńcze ideały, wpajane od najmłodszych lat. Piotruś Pan dorasta i sam
staje się piratem. Po doświadczeniach jestem w stanie emocjonalnym nasuwającym
mi stwierdzenie, że wszyscy wyrastamy na postaci z naszych ulubionych bajek,
niestety nie te dobre. Między innymi dlatego zaczęłam się cofać i na powrót
zachwycać tym, co podziwiałam w dzieciństwie – przede wszystkim filmami i
animacjami. Aktualnie dostarczają mi one chyba nawet więcej emocji niż kiedyś,
pozwalają patrzeć na świat z dystansem i przede wszystkim dają mnóstwo frajdy,
najczystszej, jaką na co dzień przeżywają dzieci. Wydaje mi się, że kiedyś już o tym
wspomniałam, wydawało mi się wówczas, że to jedynie chwilowa fascynacja i
sentymentalizm, wyraz strachu przed dorosłym życiem. Sednem sprawy jest chyba
to, że ja wciąż utożsamiam się z bohaterkami ulubionych bajek. Jestem syreną
nie chcącą pogodzić się z życiem w Oceanie Rzeczywistości. Jestem księżniczką,
która zbyt łatwo ufa obcym i nie dostrzega niebezpieczeństw skrywających się za
czerwonym jabłkiem. Jestem jak Mulan i stać mnie na gesty odwagi. Jestem Zaplątana
w bardzo ważną dla mnie więź z rodzicami. Jestem kopciuszkiem i marzę, by
chociaż na moment wyrwać się do innego, lepszego świata. Jednak nawet marzenia
mają swoje granice. Dlaczego najbardziej utożsamiam się ze Śpiącą Królewną? Bo
chciałabym móc przespać przydługie czekanie na kogoś, kto uratuje mnie przed wiedźmą,
zwaną Brutalną Rzeczywistością.
Chciałabym móc dorośle i dojrzale nie dręczyć
się nazbyt emocjonalnie wszystkim, co się wokół mnie dzieje i tym, jak traktują
mnie ludzie. Powierzchownie zazdroszczę innym, że potrafią tak szybko przestać
się przejmować niepowodzeniami i tym, co
złego zrobili innym. Że mają receptę na gorzki lek, który szybko i bezboleśnie
zamyka rany. Jednak w głębi ducha tego wcale nie pragnę i nie potrzebuję. Nie
chcę być kimś takim i nie chcę takich rzeczy dojrzale rozumieć. Nie chcę
zagłuszać sumienia i duszy jednym stwierdzeniem „Life is brutal”.[Wbiłeś mi sztylet w serce. Nazwij to jedynie bolesnym załatwianiem interesów, razem nazwijmy to jasną i zrozumiałą sytuacją,
jednak nie przyniesie to żadnemu z nas ulgi. Bądź dumny ze swej dorosłości,
wolę moje zgubne ideały].
Ostatecznie jestem wolna. Mogę robić, co chcę. „Jestem ateistą – myślę samodzielnie”.
Stan odkochania będzie chyba drugim, po
stanie zakochania, moim ulubionym. Nie podobają mi się już jego oczy. Nie
podoba mi się już barwa jego głosu. Nie tęsknię za nim. Jestem wolna i z
radości z tego powodu aż nie wiem, co robić, miotam się. Pozdrawiam wszystkich
panów 30+, którzy stawiają mi drinki i patrzą na mój taniec jak głodne wilki.
Czasami dążąc po trupach do niemożliwego celu, osiągamy tylko jego karykaturę.
Nie wiem, czy mocniejsza jest radość, którą wtedy osiągam, czy poczucie żalu i
wyostrzony apetyt, że to jednak ciągle nie to.” 'Cause yesterday' s got nothin'
for me”. Nie oglądam się w przeszłość, cierpię z powodu otwartych ran, nie
rozgrzebuję ich jednak i nie posypuję solą, nie kładę się do łóżka. Żyję dalej
z tą raną, idę dalej, nie utożsamiam jednak tego z „udaję, że nic się nie stało”,
kiedy się stało. To jest ten moment, w którym sama sobie mogę powiedzieć: „Każdego szkoda”. Jestem zakręconą kobietą w
butach na obcasach i eleganckiej koszuli z wielkim plecakiem na plecach. Żyję z
sobą, nie chcąc niczego zmieniać. Wiem, ciągle to powtarzam jak
usprawiedliwiającą mnie mantrę. Ciągle miotam się, widząc, że można żyć
łatwiej, prościej, przyjemniej, zmienić się, nie odzywać się, nie afiszować za
nadto z uczuciami i mądrością, dorosnąć. Dlatego muszę sobie nieustannie
powtarzać dlaczego nie wybieram łatwiejszych opcji. Jestem wrażliwą księżniczką, która swą siłą pobiła niejednego księcia. Paradoksalnie, to, co jest we mnie najlepsze, najbardziej ze wszystkiego nie pozwala mi być szczęśliwą. Ale już niedługo studia, nie będę miała na szczęście czasu, by się tym martwić.
Za kogo Ty się w ogóle uważasz?
Osądź mnie. Ustaw na linii startu w wyścigu szczurów, gdy zależy mi na ocenie
wyższej niż dostateczna. Postaw w szeregu razem ze wszystkimi komputerowymi
nerdami, bo zbyt często jestem on-line.
Ze współczuciem patrz, jak miotam
się, nie mając pomysłów na spędzenie wolnego czasu. Wtul się w ramiona
ukochanej osoby i pociesz samego siebie, jak to dobrze, że masz kogoś
bliskiego. Rozkoszuj się swoimi pasjami i wywyższaj nimi nade mną. Udowodnij mi
po raz setny, że moja samotność jest jedynie wyimaginowana, podlewając moje
nadzieje kolejnymi obietnicami i zapewnieniami, że kiedyś wszystko się ułoży. Wiesz,
całą sobą nastawiona jestem na to, że kiedyś się ułoży. Ale niestety, musi się
ułożyć samo. Samotna, zahukana, niezdarna, żałosna w swej pogoni za bliskością,
bez pasji, kujon, robiąca fatalne pierwsze wrażenie, no-lifer, kociara. Dobrze,
taka jestem. Ale w tym właśnie tkwi moja siła i moje największe przekleństwo. Lenistwo,
egoizm czy młodzieńcze ideały i duma zwyczajnie nie pozwalają mi ulepszać samej
siebie. Z fanatycznym błyskiem w oku tego się trzymam. Własnej osobowości.
Własnych idei. Własnego stylu bycia. Nie, proszę, nie doradzaj mi, co mam zmienić,
bo o ile dobrze mnie znasz, dobrze wiesz, że ja raczej nie zmieniam niczego.
Podobno brak zmian to brak postępu, rozwoju, stagnacja. Trudno, każdego szkoda.
Już dawno przestałam wierzyć w doskonałość, bo ona wcale nie chroni, przynajmniej
nie przed tym, co jest moją największa dolegliwością.
Dobija mnie to, jak niewiele znaczę dla innych. I nie potrafię się z tym
pogodzić. Dlatego męczę wszystkich swoją osobą. Dlatego jestem starostą.
Dlatego lubię brać za dużo rzeczy na siebie. Dlatego tak bardzo się cieszę, gdy
wreszcie ktoś się mną zainteresuje. Czasem ta radość sprawia, że zachowuję się
aż idiotycznie. Ale widzieć śmiech na twarzach osób, które nawet wbrew ich
samym nazywam przyjaciółmi, to dla mnie prawdziwy skarb. Móc doradzić, pomóc,
odebrać telefon, załatwić coś, pocieszyć (chociaż tego nie umiem), porozmawiać,
przedyskutować. Ochhh, mój przyjacielu, zrozum to. Zanim osądzisz mnie za moje
nieatrakcyjne życie. Pomyśl o mnie, zanim kolejny raz zapomnisz. I nie każ mi
być bardziej cierpliwą, towarzyską, częściej się uśmiechać i bywać. Bo
szczęście mogę odczuwać tylko jedynie będąc sobą. Mam w sobie ogromną
wściekłość i bunt, ale powoli przekuwam je w azjatycki spokój. Przeszłam
emocjonalne piekło, nie mam nikogo, kto chciałby wysłuchiwać moich narzekań,
nie mam w życiu nic ważniejszego poza studiami, a mimo to radzę sobie świetnie.
Ze łzami w oczach, z poobijanymi nogami, z większym lub mniejszym wsparciem
dalej pozostaję taka sama. Cieszę się, że są osoby, które mimo moich dołujących
wpisów na blogu i facebooku, nadal cierpliwie mnie wspierają w trudnych
chwilach. Jednak moim marzeniem jest otrzymywać takie samo wsparcie, nie pisząc
rozpaczliwie o moich bolączkach publicznie.
Jak dobrze, że życie potrafi zaskakiwać. Jak dobrze, że mimo, iż jesteśmy skazani na bycie samym sobą, to są momenty, kiedy to brzemię nosi się lekko i z przyjemnością. Jak dobrze, że nie jesteśmy w stu procentach wszystkiego przewidzieć, jednocześnie będąc pobudzanym przez przebłyski intuicji. Jak to dobrze, że marzenia się spełniają.Kocham ten stan, kiedy jest mi tak dobrze, że nie jestem w stanie wymarzyć sobie niczego więcej. Kiedy trwa chwila, którą chcę zapamiętać na długo. Bardzo długo. I posiłkować się nią, osładzając szarą rzeczywistość. I chociaż z czasem wspomnienia się przecierają i nie sycą tak jak świeże, chociaż mdli i kłuje czasem brak nowych doznań, to niektóre z nich stają się dla nas niczym ulubione smaki lodów.
Jak dobrze widzieć wszędzie swój uśmiech. W szybach samochodowych. W witrynach sklepowych. W lusterkach. W drzwiach autobusu. W oczach. A jeszcze lepiej widzieć swój uśmiech na twarzach towarzyszących mi osób. Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali o moich urodzinach. Nigdy chyba nie będę miała do końca pojęcia i przeczucia, jak właściwie traktują mnie ludzie i co sobie o mnie myślą, więc zwyczajnie cieszę się takimi chwilami, przynajmniej na razie. Och, życie byłoby takie potwornie nudne, gdyby dałoby się zaplanować szczęście! Może właśnie wtedy, kiedy zakładam z góry, że jakaś chwila będzie szczęśliwa, to nigdy rzeczywistość nie sięga oczekiwaniom i dlatego tak często jestem rozczarowana. A teraz? Och, tak, egzaminy, sesja, zaliczenia, brak planów na lipiec wydają mi się takie odległe. Zauroczenie to taka cudowna chmurka, dzięki której wydaje się, że można swobodnie przelecieć nad wszelkimi przeszkodami i problemami, gdzie nie sięga człowieka ani brutalna rzeczywistość ani kłopoty.
I kto by się tego wszystkiego spodziewał? Ja na pewno nie. W sumie to dość smutne, że większość szczęścia w życiu spotykamy przypadkiem. Tyle zmarnowanych okazji, bo podjęłam złe decyzje, bo nie pojawiłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, bo nie byłam w odpowiednim nastroju. Wiem, że najłatwiej jest powiedzieć, żeby z „życia czerpać pełnymi garściami” – szkoda jednak, że człowiek nie zawsze ma siłę na to zagarnianie pełną dłonią.I że nie zawsze się pamięta o tym, że szczęście to nie tylko wygrana maratonu czy dzień ślubu.
To
kilka minut tańca przy ukochanej piosence (*http://www.youtube.com/watch?v=pLtVpPMIgJE" ).
To kilka chwil, kiedy siedzisz z Kimś i nie martwisz się niezręcznym milczeniem,
bo czujesz, że wszystko będzie dobrze. To samotny spacer o świcie do domu,
kiedy o pójściu dobrą drogą pamiętają tylko nogi, a rozum rozpływa się pod
wpływem entuzjazmu i ekscytacji. To kot, który przyjdzie się połasić. To
kilkadziesiąt minut (dziennie!) rozmowy z mamą i tatą, kiedy nie rozmawiamy ze
sobą o niczym konkretnym, tylko po prostu cieszymy ze wzajemnego kontaktu. Życie
potrafi być takie wspaniałe i nieprzewidywalne, jeszcze tydzień temu
napisałabym, że za nim nie przepadam i przytłacza mnie fakt, że tylko moim
rodzicom chce się ze mną kontaktować i tak dalej. A Dzisiaj? Dzisiaj, na
szczęście jest inaczej.
I ja też będę mogła zasnąć z uśmiechem na twarzy. Przynajmniej dzisiaj.
Coraz szybciej zbliżamy się do stacji Sesja. Po nazbyt przyjemnym postoju przy Weekendzie Majowym przed nami coraz groźniej wyglądający punkt końcowy tego szalonego kursu zwanego pierwszym rokiem na weterynarii. Mój entuzjazm związany ze studiami nie zmalał, ale zdecydowanie przygasły chęci i mobilizacja do działania.
Zdecydowanie nienawidzę każdej wolnej chwili, która uświadamia mi, że jestem niezwykle samotna i za bardzo nie mam pomysłu na to, co robić z czasem, poza nauką. Dlatego tak bardzo przybijają mnie weekendy, kiedy nie potrafię się zdecydować, czy oddać się szaleństwu nic nie robienia, czy wyrzutom sumienia, że nie potrafię zająć się niczym konstruktywnym – ani przyszłościowym, ani rozrywkowym. Do Świąt Wielkanocnych nawet nie zauważałam, jak niebezpieczne było pozwolenie mojemu sercu na zaangażowanie w walkę o stypendium i życie uczelniane. Dopiero, kiedy na jedną z najbliższych mi tutaj osób nakrzyczałam, jak może nie rozumieć mojego dramatu związanego z tym, że dostałam 4,5 zamiast 5 z kolokwium, zauważyłam, jak bardzo zatraciłam się w tym naukowym szaleństwie. I że nie o to chyba w życiu chodzi, by zdobyć upragnione stypendium i przy okazji stracić wszystko inne. A każde niepowodzenie, spowodowane chociażby niesprzyjającymi okolicznościami losu lub zwyczajnym pechem, sprawiało mi tak niesamowity ból i sprowadzało do myślenia tylko w jeden sposób - że w życiu i z życia nie mam już nic, nawet już nie uczę się tak dobrze. Zaczęłam bardzo głęboko szukać w swej przeszłości jakiejś życiowej wskazówki – obejrzałam jeszcze raz Gwiezdne Wojny (i ponownie się w nich zakochałam), część bajek Disneya, otaczać się przedmiotami infantylnymi, zabawnymi, związanymi z czasami dzieciństwa. Ale ciągle nic nie dawało mi spokoju (może poza Star Wars), a ja odnajdowałam coraz więcej wskazówek, które jednak nie umiałam połączyć w jakiś morał na przyszłość. I ciągle nauka, brak czasu nawet na posprzątanie pokoju i ugotowanie sobie czegoś zdrowszego. I to obolałe serce, obrzęknięty mózg, palące wyrzuty sumienia, dobijające porażki. Wielu z moich znajomych podobno zakładało się, jak szybko takie życie plus problemy starosty grupy i krypto-wice-staroty roku mnie wykończą i wypalą. Wystarczyło 2 i pół miesiąca…
Punktem kulminacyjnym była dla mnie Wielkanoc. Kilka dni spędzonych samotnie w domu, brak kontaktu ze światem zewnętrznym, gorączka przygotowań świątecznych i nieustanne zirytowanie postawą najbliższych – nic, co jakkolwiek mogłoby pomóc mi wreszcie odpocząć i odetchnąć.
I jeszcze ta nieustanna myśl, ten nieustannie tlący się
płomyk w sercu, ta idiotyczna, miniaturowa, zielona pochodnia Nadziei – że on
kiedyś wróci, że zrozumie, że kocha, że już nie, nie, nie, nie będę sama. I że
ciężka praca wcale nie zabija uczuć, jedynie chowa je gdzieś na zapas.
Pewnie każdy z Was zna to beznadziejne uczucie gdy zabijana jest ostatnia
nadzieja. Gdy już się wie, że nic nie będzie normalne i tak jak dawniej. Nawet
nie przypuszczałam, jakie ewolucje przejdzie ostatni promyk mojej miłości, a
przede wszystkim jakie zasieje spustoszenie nieupilnowany. Recepta tylko jedna:
nie myśleć o tym. Uczyć się, nie myśleć, gotować, nie myśleć, spać, nie myśleć,
imprezować, nie myśleć, uczyć się, nie myśleć, uczyć się, zatracić się, nie
myśleć.
Ale to patrzy na mnie z lustra. Jest w moim pokoju.
Wyskakuje z lodówki. Tkwi między książkami. Zaplątało się między moje ubrania.
Zamieszkało na dnie mojej szafy. Turla się w szufladzie.
Tylko dostatecznie dużo innych bodźców jest w stanie przegonić tę myśl.
Nawet wyrzucając zużytą pomadkę pomyślałam, że była ze mną dłużej niż on.
Więc zaczęłam życie po drugiej stronie. Impreza, wyjście ze znajomymi do pubu, „a
jedno koło z biochemii mogę sobie darować”, zakupy, spacery, „a, dam radę
ogarnąć to w jeden dzień”, imprezy, zakupy, „kurcze, jeden dzień na anatomię to
za mało”, przygotowanie stroju na juwenalia, projekt P.I.W.O, 4godzinny sen,
imprezy, koncerty, pochód Juwenaliowy, ognisko, noc muzeów, noc filmowa, spacer
o 4 nocy do domu razy dwa. I jest wesoło i jest fajnie, i uśmiecham się do
zdjęć, wszyscy mnie fotografują, mam wspaniałych znajomych, podobam się
mężczyznom w komunikacji miejskiej, o jacie, brak czasu nawet na komputer i
facebooka, jacie, jacie, niebieskie włosy, ulica sezamkowa, mupety, studenckie szaleństwo.
I jeszcze i jeszcze!...
I jestem wyciśniętą cytryną. Im bardziej zarzucam sobie lenistwo, tym mniej się przykładam. Nawet wiszący nade mną topór mnie nie mobilizuje. Nawet świadomość, że już nie jestem taka dobra jak kiedyś mnie nie mobilizuje. Książki patrzą na mnie krzywo. Sesja, a one tak krzywo patrzą. Sesja, a ich stronice działają jak środek usypiający. Sesja, a takie piękne słońce. Sesja, a tak dobrze rozmawia mi się z przyjaciółmi, znajomymi, rodzicami. Sesja, a ja siedzę na komputerze, oglądając poczekalnię na kwejku. Sesja, a mnie nic nie boli, poza wyrzutami sumienia. Przyzwyczaiłam się do wyrzutów sumienia. To ulga. Ale bardzo zła ulga. Niebezpieczna ulga. Stąpam po cienkiej linii nad przepaścią, bardziej po niej biegnąc i licząc na szczęście, zamiast przemyśleć i wywarzyć każdy krok. I znów jestem sama. A co gorsza, nie mam nawet siebie.
Każdy w życiu ma wzloty i upadki. Zauważyłam, że najczęściej
publikuję tutaj teksty, kiedy jestem przygnębiona i natchniona sentymentalną melancholią.
Postanowiłam to zmienić i poczekać na moment, gdy złapię wiatr w żagle.
Ostatnio dość mocno zafrasowały mnie
Walentynki. Mogłabym opisać, jak bardzo jest mi smutno i przykro, że spędziłam
je po raz dwudziesty w „formie singletowej”, tak zarówno mogłabym udawać, że wcale nie, że mam to
gdzieś, że nic mnie nie obchodzi głupie, komercyjne, amerykańskie święto i że
jestem twarda jak bojowo nastawiona feministka. Pewnie niewiele Was obchodzi moje zdanie, ale
ja uważam, że jest to po prostu dobra okazja do zrobienia czegoś miłego dla
kogoś dla nas bliskiego. Nie uważam tego dnia za święto wymuszanych randek,
święto na siłę kupowanym i wciskanym w ręce kwiatków i czekoladek, „walentynkowych”
promocji i wypadów. Po prostu dzień, który możemy uczynić dobrym dla kogoś
innego. Ukochanego, dodajmy. W prawdzie dość smutne jest to, że w moim wypadku
nie wypalił ani babski wieczór, ani wieczorny wypad spod znaku „matka i córka”.
Bo każdy dorosły człowiek ma kogoś ukochanego, z kim powinien spędzić ten
lutowy wieczór. No, prawie każdy. Mój mózg mówi mi „Och, Zuzanno, wszyscy Cię
kochają, ale nikt nie chce spędzić z Tobą Walentynek”
* (Albo raczej „Och, Susanna, everybody loves you, but no-one wants to spend Valentine’s with you”, bo
mój mózg tak naprawdę jest amerykańskim scenarzystą) .
Wiem, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi.
Nawet nie wiecie, jak bardzo, choć w
głębi serca, to doceniam. Przeszłość nauczyła mnie szanować tych ludzi, którzy
chcą ode mnie czegoś więcej niż przydatnej informacji lub spisania zadania
domowego. Moje okazywanie pozytywnych uczuć zawsze było dość karkołomne i ułomne
(chyba każdy wie, że o wiele lepsza jestem w tragediach i dramatach) dlatego
może nie każdy z Was jest w stanie to odczuć, ale naprawdę pochlebia mi to, że
jest jeszcze ktoś, komu chce się czytać moje wypociny i kto jest w stanie
cierpliwie znosić moje narzekanie na życie i całą resztę. Ludzie wokół mnie
dodają mi mnóstwa życiowej siły, jednakże w gruncie rzeczy czuję się dość
samotna. Jest to dość niezwykłe, ale żeby przesadnie nie marudzić po prostu
podzielę się jedną refleksją, a mianowicie tylko tym, że zauważyłam, że
większość radości w życiu sprawiłam sobie sama i samotnie je przeżyłam. Nie bez
powodu w poprzednim zdaniu pada słowo „większość” zamiast słowa „wszystkie”.
Jednak nie da się ukryć, że na większość gorąco oczekiwanych przeze mnie
wydarzeń przygotowuję się i wybieram samotnie lub z przypadkowo dobranym
towarzystwem. Nie narzekam, nieraz udało mi się w ten sposób poznać
sympatycznych ludzi czy też zupełnie i bezpretensjonalnie oddać się
przyjemności przeżywania, jednak na dłuższą metę nie ma zupełnie nikogo, kto w
pełni by mnie rozumiał, odczuwał, miał podobny gust, sposób myślenia i
odbierania świata. Swoją oryginalność i wyjątkowość odbieram jako zalety,
jednak nie da się ukryć, że przez nie czuję się, wizualnie mówiąc, jak taki
ktoś, kto samotnie siedzi na jakimś szarym postumencie na ogromnym placu pełnym
ludzi. Może to przez to, że jestem osobą wychowaną na bajkach, książkach, a
przede wszystkim filmach. Z nich zbudowałam sobie swój sposób postrzegania
świata i myślenia, swój przedziwny system wartości. Wyobrażam sobie swoje życie
i ewentualne zdarzenia jak sceny z filmów, z filmowymi gestami, minami i
dialogami. Dlatego jestem w stanie robić rzeczy niezwykłe, zgodne z tym, co
podpowiada mi scenariusz jednego lub innego filmu. Ratuje mnie jedynie to, że
nie kieruję się jedną postacią, chcę być kilkoma na raz. I taka też jestem, posklejana,
czyli skomplikowana i emocjonalna. I zawsze już taka będę, nawet jeżeli jestem
oskarżana o brak energii życiowej, przesadną melancholię lub choleryczną manię
przejmowania się wszystkim i martwienia o przysłowiowo-podwórkowe „byle gówno”.
Taki ze mnie nerwowy, uwspółcześniony romantyk o odwadze tygrysa i pewności
siebie nosorożca sumatrzańskiego* (*podobno najbardziej nieśmiałe zwierzę,
według jakiegoś pana z Animal Planet). No. To tak w ramach tłumaczenia się
przed światem i przed sobą z własnej osobowości i wszelkich błędów, kiedy mam odwagę i tupet wobec prowadzących i wykładowców, a nie mam zwyczajnej śmiałości, by zagadać do chłopaka, który zrobił na mnie wrażenie swoją postawą.
Pewnie chcecie spytać, co ja zrobiłam takiego miłego dla moich bliskich na
Walentynki. Otóż parę miesięcy temu, kiedy moja mama znowu użalała się i
rozmyślała, czy wybrać się na koncert Bryana Adamsa powiedziałam jej „Albo
przestaniesz marudzić, albo sama Ci ten bilet kupię na Walentynki!”.
Obietnicę spełniłam, taki ze mnie pierdolony romantyk, sarmacka szlachcianka polska,
o!
Parafrazując: jeśli nieszczęście rodzi natchnienie, to
powinnam być u szczytu swoich możliwości. Człowieka dogłębnie skrzywdzonego ,
którego emocje i uczucia zostały obrzygane, a następnie poproszonego by je z
powrotem zjadł, stać chyba na wszystko. Przejmuję władzę. Wyjmuję sztylet z własnych
pleców i rzucam nim między łopatki przeciwnika. I w dodatku pierdolę, dosłownie
i metaforycznie. Wszystkie ideały, które trzymałam oburącz, zostały mi wyrwane siłą. W ciągu jednego tygodnia tak dużo się wydarzyło i zmieniło, że jedynie
co jestem w stanie zrobić, to powiedzieć „Nie ogarniam” na zmianę z „Chcę
umrzeć i mieć spokój”.
„Przestań pitolić jaka jesteś poszkodowana, bo tak jak ja {...}, tak Ty nie jesteś jedyną {...} - umartwiasz
się czytaniem o takich kobietach, pielęgnujesz w sobie tą nienawiść, a nie
dostrzegasz prostej rzeczy: że nie tylko Tobie coś takiego się przytrafiło.” „Jesteś
egoistyczna”. „Nic nie czuję/czuję się trochę zazdrosny”. „Zazdrościsz mi
przyjaciół”. „Nie da się ukryć, że byłbym z Tobą tylko dla seksu”. „Wiesz, książki też wybiera się po okładce”. „Bardzo
chciałem, ale nie mogę” razy milion. „Jesteś idealna, to ludzie są oszustami” razy tysiąc. „Wiem, jestem dupkiem” razy nieskończoność.
Czuję się jak jakiś archaiczny męczennik szczerości i uczciwości. Nie ogarniam
tego, że mam seksowne ciało. Czy to od razu predestynuje do bycia wiecznie
oszukiwaną i porzucaną? Zwłaszcza, że ja nigdy niczego nie udaję. Nie jestem słabej
jakości produktem z dobrą, kolorową reklamą w telewizji. Nie udaję bóstwa, nie
narzucam się ze swoją talią, cyckami, długimi nogami, nie kołyszę biodrami, nie
wklejam na portale zdjęć mówiących „patrzcie-jaka-jestem-boska”. Nie udaję
osoby inteligentniejszej niż jestem, weselszej niż jestem, atrakcyjniejszej niż
jestem. Nie boję się na naszym pierwszym spotkaniu powiedzieć „Tak, jestem
egoistyczną, rozpieszczoną jedynaczką i prawie zawsze dostaję to, czego chcę”.
Jestem marudna, męcząca, melancholijna, mam zmienne nastroje i twarz, z której
z łatwością można odczytać wszelkie emocje. Nie zapominam o dość wulgarnym
sposobie wyrażania się, męskich manierach i specyficznym, chłodnym
temperamencie. I o nadmiernej ufności, że ktoś, kto się do mnie zbliża nie chce
mnie skrzywdzić.
„Zdałaś anatomię, histologię, biologię komórki, powinnaś tryskać entuzjazmem!”.
Cóż, przykro mi, ale nie tym razem.
Ale to tylko ból. Kiedy myślisz, że już nie może być gorzej, a jednak odkrywasz
w sobie nowe, jeszcze bardziej dogłębne możliwości jego odczuwania. A ból jest
mocą niezwykle inspirującą i twórczą. Mogę być nowym, polskim Chuckiem
Palahniukiem. Mogę strzelać cytatami z jego książek jak z karabinu. „Kiedy nie
wiemy, kogo nienawidzić, nienawidzimy samych siebie”. „Nie ma we mnie nic
oryginalnego. Jestem zbiorowym dziełem wszystkich, których w życiu poznałam”. „Może
ludzie muszą naprawdę odcierpieć swoje, zanim mogą zaryzykować robienie tego,
co lubią.”
„People don't want their lives fixed. Nobody
wants their problems solved. Their dramas. Their distractions. Their stories
resolved. Their messes cleaned up. Because what would they have left? Just the
big scary unknown.”
„You can't base your life on the past or the
present. You have to tell me about your future.”
„When you understand that what you're telling is
just a story. It isn't happening anymore. When you realize the story you're
telling is just words, when you can just crumble it up and throw your past in
the trashcan, then we'll figure out who you're going to be.”
“The best way is not to fight it, just go. Don't
be trying all the time to fix things. What you run from only stays with you
longer. When you fight something, you only make it stronger.”
Więc w zasadzie nie mam nic więcej, poza dramatyczną historią do
opowiedzenia.
Poza przyznaniem się do własnej próżności. Jako bardzo brzydka dziewczynka o
bardzo podziurkanej bliznami twarzy i bardzo mocno zaciśniętych ustach
przyzwyczaiłam się, że nikt niczego ode mnie nie chce, że to jest niemożliwe, żebym
mogła się komuś podobać i że zbliżyć się może jedynie osoba o infantylnie uczciwych
zamiarach. A teraz? Ja podobam się facetom, którzy mniej ode mnie wiedzą, czego
chcą, którzy są mniej odważni ode mnie, którym moja zajebistość odbiera
męskość, ja, ja, ja po prostu kurwa tego nie ogarniam!
„Dopiero
gdy stracimy wszystko stajemy się zdolni do wszystkiego.”
Właśnie ten moment uznałam za najlepszy do gruntownych przemyśleń, zmian i
postanowień. Wydaje mi się to o wiele bardziej szczere niż wymyślane na siłę
postanowienia noworoczne, wielkopostne czy adwentowe. A szczerość jest dla mnie
niezwykle istotna.
Jest to dla mnie dość dziwny okres. Po wypłakaniu kilku nocy i dni po kolejnym niezwykle
bolesnym rozstaniu, czuję, że wypłynęły ze mnie już wszystkie złe emocje i że
jestem w stanie zrobić wszystko. Zmienić styl życia. Ubierania. Przemyślenia.
Wizerunek. Przekonać się do rzeczy, które wcześniej mnie przerażały i odrzucały. Spróbować wykorzystać ten okres do
poznawania nowych rzeczy.
Jakoś w ogóle nie dociera do mnie, że jest gorący zaliczeniowo-sesyjny okres i
że nie powinnam zbyt dużo myśleć o sobie, raczej o głowach bardzo smutnych
psów, codziennym etacie organelli komórkowych i języku starożytnych Rzymian. Z
jednej strony mam ochotę wyjść naprzeciw tym wszystkim trudnościom i stawić im
dzielnie czoła, by móc samej sobie i innym (bardzo konkretnym pewnym innym) pokazać,
że jestem niezwykle zdolna do Życia, że nie boję się niczego i że dam sobie ze
wszystkim radę. Z drugiej jednak, łzy wypłukały ze mnie emocjonalne siły i
chyba nie potrafię aktualnie niczego jakoś szczególnie chcieć. Starać się.
Walczyć. Zdobywać. Osiągać.
Wszystko jest takie szare, zwłaszcza,
gdy styczeń jest taki ciepły i mokry. Dookoła cały świat jest zabłocony,
zabrudzony, pozbawiony liści i zakurzony. Jednak powietrze jest o wiele
przyjemniejsze do oddychania. Zachód słońca w prosektorium. Ciepłe wnętrza
tramwajów. Uroki miast. Sarenki na polach. Szynszyla wcinająca stary papier.
Film dokumentalny o zwierzętach. Rozmowy z przyjaciółmi. Nie jestem w stanie
przeżywać niczego bardziej skomplikowanego niż rozkoszowanie się urokami
świata, drobnymi przyjemnościami i chwilą relaksu. I choć co chwila płaczę, bo
do mnie jeszcze wiele rzeczy nie dotarło, bo gdziekolwiek nie spojrzę,
czegokolwiek nie usłyszę, cokolwiek nie poczuję, przychodzą do mnie cudowne
wspomnienia, które od dnia dwunastego stycznia cudownymi już być nie mogą. „To
teraz nasz świat, a tamci ludzie z przeszłości nie żyją.” Sięgam przed snem po
telefon po czym po chwili orientuję się, że nie mam już do kogo dzwonić tej
porze. Że wszystkie sobotnie wieczory mam teraz wolne. Że mogę bez wyrzutów
sumienia pozwolić sobie na stwierdzenie „Słodki Jezu, jakie ciacho!”. Że nie
muszę już spuszczać wzroku, gdy ktoś się do mnie uśmiecha. Że powinnam coś
odpowiedzieć, gdy ktoś mówi „Osobiście uważam, że jesteś bardzo seksowna i
pociągająca”. Mogłabym wykorzystać ten czas na budowanie nowej siebie, na
zasadzie „nowe miasto – nowi ludzie – znów zaczynasz od zera”, bo bardzo
niewiele łączy mnie z przeszłością i przeszłością przeszłości. Mimo to uparcie
jednak zostanę przy najszczerszym byciu niesłychanie samą sobą.
Przez pół nocy nie umiałam zasnąć dręczona przez swoje
myśli. Postanowiłam odpalić swój nowy, fantastyczny sprzęt i je zapisać, te
niestety gdzieś pouciekały. Po krótkiej pisemnej rozgrzewce, szło mi całkiem
nieźle, nawet dobrze, nawet bardzo dobrze, nawet byłam zadowolona z efektów
swojej pracy, nawet podejrzewam moja polonistka mogłaby być zadowolona, po czym
ciach – laptop zsuwa mi się z kolan razem z kołdrą, gdzieś w tym całym
zamieszaniu mój nowy, fantastyczny sprzęt odczytał ten gest jako „zamknięcie
okna” i całe moje wywody po prostu szlag trafił. Moje serce krwawi ogromnie, na
pewno zrozumie mnie ten, komu przydarzyła się podobna sytuacja. Jakoś spróbuję
posklecać wszystko od nowa, choć boję się, że dojdę do mniej ciekawych i
literacko doskonałych wniosków, że nie wszystko pamiętam, że z minuty na minutę
coraz bardziej będzie dokuczał mi głód i że godzina trzecia w nocy będzie
dobijać mnie w o wiele okrutniejszy sposób niż godzina pierwsza. Potrzebuję
jednak pomocy, więc mimo nieludzkiej godziny wysyłam w kosmos to tradycyjnie
długie ogłoszenie, może ktoś akurat się wzruszy, i może ktoś zrozumie, że
powiedzenie „Weź się do roboty” czy „A nie mówiłam” nie są tym, czego aktualnie
potrzebuję.
Generalnie jestem smutna, a to dobry czas, by coś napisać. Nic tak nie sprzyja
literackiej wenie jak samoistnie napędzająca się machina żalów i narzekań. Rozmyślam
w większości o Mojej Małej Rozbuchanej Miłości, jej obiekcie, przede wszystkim
myślę jednak o sobie, dopiero jak już się dobrze siebie rozmyślę, może
ewentualnie czasem pomyślę o innych. Przychodzi w życiu taki Zły Moment, kiedy
człowiek uświadamia jaki jest niezdarny, naiwny, nierozsądny, jak bardzo i
głęboko złamane jest jego serce, jak
bardzo zawala ważne rzeczy i jak wielkim echem odbija się jego wołanie o pomoc.
Ten Moment jest jak gangrena, która toczy ciało od środka, trując umysł i
duszę.
Nie ma co dużo ukrywać, przede wszystkim myślę o swoim Wakacyjnym Romansie, mojej własnej Casablance, Dzikości Serca i uniesieniu duszy. Nie wiem nawet, czy była to tak naprawdę miłość, niestety chyba raczej nigdy się nie dowiem. Próbowałam walczyć z tym na wszelkie sposoby, znane mi jedynie z filmów i kolorowych gazet. Czekać, aż samo przejdzie, rany goi czas, bla bla bla? Bzdury, gówno prawda. Dokonać ewakuacji z jednych ramion w drugie, potem w trzecie? Też na dłuższą metę nie satysfakcjonuje, to obusieczny miecz, który rani, gdy opadnie się z sił.
Pewnego razu, gdy się obudziłam, lub gdy szłam spać zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem tym zmęczona. Małymi, przelotnymi romansami, ulotnymi nadziejami, uśmiechami, najgorszym narkotykiem kobiecego umysłu. Lubię to, wbrew mojej melancholijnej naturze, tak jak w sumie każdy z nas, choć nie każdy chce się do tego przyznać, uzależnienie od tego przemiłego uczucia podobania się, od flirtu, od naturalnych zastrzyków dopaminy, od uśmiechów, którymi ja aktualnie jestem zmęczona. Nawał pracy tylko jeszcze bardziej mnie unieszczęśliwia (tak, mnie, królewnę), summa summarum nic nie działa, ja ciągle żyję i wzdycham płucami ciężkimi od złamanego serca.
W końcu jestem takim
widziadłem, które żyje samymi wspomnieniami i marzeniami. Jednak wspomnienia
bawią mnie o wiele bardziej, niż aktualne przykre obowiązki. Mój dzisiejszy nocny
wniosek był taki, że ja chyba nigdy nie byłam w stanie porządnie zająć się poważnymi
rzeczami. Najbliższe miesiące są dla mnie takie ważne, a ja mam nastroje jak
rozkapryszony dzieciak i z chwili na chwilę mam coraz mniejszą motywacje.
Jestem osobą absolutnie niedostosowaną do współczesnego Rynku Pracy, moje
zalety na tym polu przestają być zaletami. Gdybym umiała pisać o czymś innym
niż o sobie, może pewniej czułabym się na gruncie literackim. Ale teraz wszyscy
piszą książki, wszyscy są psychologami lub filozofami. Talent – chyba przestałam
w coś takiego wierzyć, albo raczej byłam zmuszona przestać wierzyć, bo moje
talenty na nic mi się nie przydadzą. Nie chcę nawet o tych wszystkich „serio
sprawach” myśleć, ale to żadne rozwiązanie. Naprawdę chciałabym przestać być smutną, ale chyba taka jest już
moja natura. Słucham smutnej muzyki, lubię smutne książki i filmy. Te wesołe i
optymistyczne też lubię, jednak nie zostają we mnie i mojej pamięci tak długo.
Zaczynam bredzić. Wybiła godzina czwarta – godzina smutnych piosenek o miłości,
wspomnień, wspomnień, a, mam tego dość. Refleksja wczorajsza, która naszła mnie
wczoraj w obuwniczym – „Już od czasów bajki o Kopciuszku wiedziano, że facetów
najlepiej poznaje się na imprezie”. A piosenka która mnie aktualnie porusza to „Meet
me halfway”, idealnie oddaje moje stany emocjonalne. http://pctk.org/1RYb2Q5F
jakby ktoś jeszcze nie znał.
Rokrocznie nienawidzony przeze mnie lipiec już przeszedł, został jeszcze tylko złoty, słodki sierpień na przedwczesne osuszanie wrześniowych łez. Wakacje wakacjami – nie robię nic nadzwyczajnego, nie robię w zasadzie nic. Mimo to dzieje się całkiem dużo. Od fantastycznego Gdańska przez odlotowy Open’er po niesamowity spływ wcale nie taką ciekawą Brdą. Tyle wrażeń, całe mnóstwo, a mimo to chciałoby się jeszcze więcej i więcej, jakiegoś bodźca, by tylko wrzucić szczoteczkę i bieliznę do torby i jechać, wyjechać, podróżować, poznawać, chłonąć świat. Ale cóż, droga otwarta, cały sierpień przed nami. Pielgrzymowice, Rydułtowy, Boguszowice, Ostrava, Gliwice, Oświęcim, ukochana Warszawa – horyzont taki szeroki, jak nad morzem. Moje wakacje są najzwyczajniej zwyczajne, mój przeciętny dzień zaczyna się o wstaniem 10:00, potem śniadanie o 12:30, może obiad o 15:00, i ojej już jest wieczór i cały dzień przeleciał, i teraz to już tylko spanie daj boże żeby o 24:00, a w międzyczasie tylko komputer, ewentualnie książki i wielkie Nic. A na drugim biegunie krzyk podniecenia i ekstremalnego entuzjazmu, kiedy Faith No More zagrało „This Guy’s In Love with You”, niesamowite doznania przy M83, zauroczenie Sopotem, słodkie wspomnienia z okresu gimnazjum, ekstremalne wiosłowanie (zwłaszcza pod prąd), wirowanie gwiazd po grzańcu z piwem, wykańczająca podróż między wagonami z ładowarką w tyłku, kuszenie w nowych okularach, dogłebne doznania przy „Justify my love” Madonny (z podkreśleniem na teledysk), nieustanne pocałunki w pociągach, smak jagód, malin, a przede wszystkim czerwonych porzeczek… I deszcz, i Kasjopeja, i szary parasol, i skrajne marudzenie, i satelita, i Kozak, i finalnie ojej, chyba się zakochałam, mamo. I co najmniej prawdopodobne, najbardziej niezwykłe i niespodziewane: zdaje się, że ktoś zakochał się we mnie. I to wszystko, czym się żywię, to mi zupełnie wystarcza. Nie jest to miłość idealna, nie jestem w stanie opisywać jej w superlatywach, bardziej: niespotykana, dziwna, trudna, osobliwa, niepewna, nieśmiała, skromna. Ale wreszcie jest.
Przeszłość. Nie lubię tego słowa. Przede wszystkim dlatego, że większości rzeczy nie pamiętam, a zapamiętana mniejszość to same przykre zdarzenia. Ostatnio dużo myślę o tym co było, kim byłam i gdzie byłam, pewnie dlatego by przykryć niewygodną nijakość zwyczajnie leniwych wakacji. Nawet z ciekawości otworzyłam Internet Explorera, używaną przeze mnie kiedyś przeglądarkę. Ulubione. Blogi – z dobrych 10 pozycji. Link do teledysku do „Sunday Morning” Maroon 5, przy którym rozpływałam się w marzeniach jak czekolada w ustach. Mnóstwo stron o protestach, akcjach, polityce. Homoseksualizm, wolny ateizm, anarchia, inicjatywy uczniowskie, stop Giertychowi, wolność, wolność, wolność, strona młodzieżówki Platformy – kiedyś moja dusza była bardziej zaangażowana w Duże Sprawy Tego Świata, potem zainteresowanie gdzieś uciekło, pomiędzy jednym autobusem a nocą z nosem w matematyce. Przypomina mi się, jak wiele głupich rzeczy kiedyś (wspólnie z Tobą, Katarzyno!) robiłam. Zaczepiałam ludzi, biednych licealistów, ubierałam dwie różne skarpetki, zafarbowałam włosy na wokalistę Crazy Town, jęczałam do Piotra aka Bezypyrymy z 3a, pisałam głupie notki na blogu i najchętniej skreśliłabym połowę rzeczy, którą powiedziałam, napisałam, myślałam. Ale teraz, jak patrzę na to wszystko z perspektywy bardziej doświadczonego gracza, myślę, że musiałam być całkiem szczęśliwa w swoim życiu, mimo niezliczonych ilości płaczliwych, inspirowanych depresją notek. Tylko szczęśliwi ludzie, nie widzą jakimi są kretynami (…).
Tak myślę sobie, że ja od tamtego czasu chyba niewiele się
zmieniłam. Znaczy pod pewnym względem bardziej (Psychicznie? Mentalnie?) a pod
pewnym prawie w ogóle (Mentalnie? Psychicznie?).Ludzie z otoczenia na
przestrzeni wieków, regularnie zmieniani, bez względu na to, czy poznałam ich w
podstawówce, czy w liceum, mają mnie chyba generalnie za taką nijaką ciapę, i
choć zawsze staram się to zmienić, zawsze wychodzi na jedno. Pamiętaj o potędze podświadomości, myśl
pozytywnie, bądź pewna siebie, wierz w siebie, nie poddawaj się, idź za głosem
serca, nie krytykuj siebie publicznie, uwierz w siebie. Chciałabym. Patrzę w
lustro, na twarz, która z powodzeniem mogłaby należeć do jakiejś trzydziestoparolatki,
i efekt wierzenia w siebie trwa do pierwszego spotkania z jakimkolwiek innym
człowiekiem. Potem jestem już tylko ciapą. Nienawidzę ludzi, którzy uważają się
za fajnych i lepszych, a nawet fajni nie są. Ja chyba nie umiem być kimś takim.
Oh, please, lift me up!
Ciągle myślę tylko o jednym. Ale w sumie są wakacje, to działa dość terapeutycznie,
prawie nikogo nie widuję, z podkreśleniem na obiekt moich niechcianych uczuć.
Niestety fantazjuję.
Od zawsze nałogowo robię sobie nadzieje.
Słucham muzyki elektronicznej. Przyglądam się pastelowym
kolorom ścian. Nadmiernie rozciągam moment odprężenia z laptopem na kolanach,
muzyką w uszach, wystukiwaniem w Gadu-Gadu,
powolnym rozmyślaniem. Bo na co dzień, tam na zewnątrz jest inaczej.
Dużo podróżuję ostatnio. Jeżdżę autobusami, samochodem, rowerem, idę pieszo.
Jestem w ciągłym ruchu i podświadomie powtarzam sobie: „Nie złapiesz mnie”. Na
tym polega urok podświadomości, że zupełnie nie rozumiem kto mógłby mnie
złapać, i dlaczego przed tym uciekam. Maskuję chwilową(?) niemoc podjęcia
żadnej decyzji. Chcę być reżyserem? Lekarzem? Iść na zakupy? Chcę kupić tą
sukienkę? Bluzkę? Te buty? O czym chcę z Tobą porozmawiać? Chcę obejrzeć film? Tak?
Nie? Nie wiem. Ostatnimi czasy trochę zdziecinniałam. W przeddzień
ukończenia osiemnastego roku życia zachowuję się tak, jak wówczas, gdy miałam
piętnaście lat. Ale jestem szczęśliwa, na swój codzienny sposób. To dla mnie
dziwny stan, zwłaszcza, że nie oznacza mniejszej ilości problemów czy założenia
różowych okularów. Odkryłam w sobie tyle energii, codziennej ekspresji,
wolności. Nie robię niczego spektakularnego. Tańczę myślami, rozkoszuję się
nimi, płynę przez ocean fantazji. Wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno
być. Przez najbliższe 3 weekendy prawie w ogóle nie będzie mnie w domu. Rudy
Raciborskie, Mińsk Mazowiecki i Warszawa, wspaniała Warszawa, Warszawa ukochana
prawie jak na złość wszystkim „Ślunzokom”. Za 3 tygodnie czeka mnie jedno z najgoręcej
oczekiwanych przeze mnie wydarzeń. Płonę na samą myśl o tym. Jadę na koncert
zespołu, który niezmiennie od pięciu, może sześciu lat jest moim ulubionym
zespołem (wydaje mi się, że wymienianie nazwy tego zespołu jest zbędne).
Zobaczę Dave’a na żywo. Radość eksploduje we mnie na samą myśl o tym. W moich
odwiecznych marzeniach grali idealnie w moje urodziny, w Spodku. W
rzeczywistości grają 5 dni przed moimi urodzinami, w Warszawie. Jak dla mnie
jednak są to subtelne różnice. Ich najnowsza płyta wzięła cała moją duszę. I
chociaż znowu trochę szkoła zaczyna walić się na głowę jak stary mur, to bilet
na koncert trzymam przed sobą wysoko, jak sztandar i idę wpatrując się w niego
jak w obrazek. Myślę, że marzenia się prędzej czy później spełniają. Może nie wszystkie,
ale jeżeli choć trochę zaciśniemy kciuki, uśmiechniemy się do nadziei i losu to
codzienne szczęście i marzenia są w zasięgu ręki. Tak to wygląda z mojej
strony. Ktoś może powiedzieć, że tak naprawdę dążę do celu po trupach, wykorzystując
wszystko i wszystkich, uświęcając wszelkie środki by osiągnąć cel. Ale halo,
halo. Nikt inny za mnie nie będzie dbał o moje szczęście, samopoczucie,
spełnienie. Wiem, brzmi to egoistycznie, może ujęłam to w zbyt ogólnikowe słowa;
wiadomo, że każda sprawa wymaga osobnego rozpatrzenia. Z radością dążę do
swoich celów, ale również jak tylko mogę pomagam zrealizować cele Innych. Ja
wykorzystuję kogoś, ktoś wykorzystuje mnie. Myślę, że jest to całkiem logiczny
układ. Ale nie mogę LICZYĆ na czyjąś pomoc. Muszę sama o nią poprosić. I wiecie
co? Większość rzeczy w ten sposób w życiu mi się udaje. Czasami mam wprawdzie
wyrzuty sumienia pasożyta – no ale cóż, mogę to skwitować jedynie tym, że nic
na tym świecie nie jest bez wad. Moje życie się zmienia. Czuję się lubiana
przez mężczyzn. Zaczynam lubić to, że jestem szczupła, mam usta ciemne jak
maliny i oczy okrągłe jak myszka Miki i nos kartoflasty jak Kajko i Kokosz w
jednym i liczne blizny jak seryjny morderca. Czuję się lubiana. Przez wąskie
grono osób, ale jednak. W moim sercu zapanował spokój, o ile można mówić o
czymś takim jak spokój w tak niespokojnym życiu romantyka.
„Kojarzenie romantyczności tylko ze stanem zakochania jest prymitywne i banalne”. Ah, przypomniało mi się, jak
poznałam kogoś podobnego do siebie. Odniosłam bardzo pozytywne wrażenie :).
Marzenia zaczynają mnie irytować. Po racjonalizm się nie chwytam, za bardzo boli. Głębsze przemyślenia leżą przytłoczone stertą brudnych, rutynowych i śmiertelnie nudnych spraw odłożonych na ostatnią chwilę. W gruncie rzeczy jedyną rzeczą, która utrzymuje mnie w stanie używalności jest sen na jawie. Jestem najlepszym, artystycznym twórcą swojego alternatywnego życia. W którym Istnieję. Umiem śpiewać, tańczyć i tworzyć, jestem interesującą, niebanalną osobą, pewną siebie, czarującą osobowością i wdziękiem… Nie, nie jestem żadnym pieprzonym Emo ze schizofrenią i jeszcze innymi urojonymi zaburzeniami! Po prostu czuję się jakbym była czymś związana, albo raczej skrępowana. Odrealniona, zaspana królewna. Jest tyle rzeczy, które mam ochotę robić, pokazać, zaprezentować. Jednak monotonna samotność jest jak – infantylnie porównując – dementor ze świata Harry’ego Pottera. Nie mówię tu już o samotności spowodowanej brakiem kogoś bliższego. Po 18 latach udało mi się wreszcie pogodzić z tym, że na tym świecie było, jest i będzie niewiele osób, które mnie tak naprawdę lubią, nie mówiąc już o jakiejkolwiek formie traktowania na poważnie. Mówię o takiej bolącej, prawie biologicznej, fizycznej samotności, najwyższej komnacie na najwyższej wieży gdzieś w miejscu, którego nie ma na mapach. Z resztą, owe późnonocne wypociny nie mają być formą żalu do świata, Emo notką o myślach samobójczych i poczuciu braku akceptacji. No, może trochę. W gruncie rzeczy tak naprawdę, zbyt brutalnie nic mi się nie chce. Być może jest to spowodowane – jak jedna z popularnych teorii mówi – brakiem słońca i zieleni. Być może – tutaj z pewnością podpisali by się moi rodzice – patrząc prawdzie w oczy jestem patentowym leniem, rozleniwionym do granic możliwości, zniechęconym życiem marudą. Jakkolwiek by nie było jestem w rękach bezmocy i stagnacji, co wewnętrznie mnie niezmiernie irytuje i frustruje. Mimo to jestem bierna, bo wszystko dookoła jest bierne. Taj bardzo chciałabym być milsza, uprzejmiejsza, bardziej zadowolona, optymistyczna i w ogóle ‘fajna’. Jednak ta bierność, ten chłód, ta samotność, ten sen i żal mnie drażniąco blokują. Jestem wiecznie niedojrzałym, rozmarzonym i jednocześnie chorym z żalu i zawiści romantykiem w świecie realistów i cyników. Zbyt wcześnie przepoczwarkowanym motylem, pingwinem-indywidualistą, jeżem, który obudził się w zbyt ciepłym styczniu. Nie zawsze może być dobrze i z przykrością poddaję się i stwierdzam: nie jest dobrze. Może dlatego niedorzecznie daję „odjechać ostatniemu pociągowi do Londynu”, podróżuję autobusami jak pies koleją, wydaję pieniądze na potęgę, poddaję się neurotycznie zmiennym nastrojom i w jakiś śmieszny, jedynie sobie znany sposób chronię przed bliżej nieznaną katastrofą. 30 uciśnięć i 2 wdechy potrzebne od zaraz.
Początki są trudne. Powroty jeszcze trudniejsze.
Według „Diuny” początek to „czas dla podjęcia najbardziej pedantycznych starań,
by wszystko znajdowało się na swoim miejscu.”.
Kurwa! To nie jest wypracowanie maturalne! Jeszcze raz. Albo. Pomińmy ten
trudny okres. Okres? Tę trudną część.
(…)
Okej. Hm. Czy ja właściwie mam jeszcze cokolwiek do powiedzenia światu?
W poszukiwaniu natchnienia przeczytałam 10 swoich ostatnich notek. I nic.
Zastanawiam się, kiedy dałam upust swej dziwnej wyobraźni, trochę wymęczonej twórczości.
Zdecydowanie zbyt dawno temu. Porzuciłam sztukę, literaturę, ostatnimi czasy
nie mam nawet chwili by obejrzeć jakiś dobry film. Przestałam głośno wyrażać
swoje emocje, swoje myśli, swoje własne poglądy. Przestałam tak jakby w ogóle
je mieć. Okres stagnacji, regres, recesja. Tak, tak, widać, że uczyłam się na
język polski.
Uderz mnie mocno w serce!
Zmieniłam adres zamieszkania, szkołę, przeżyłam wspaniałe wakacje, wypadek
samochodowy, tradycyjnie się zakochałam i porzuciłam.
„Kiedy przegryzał jej tętnicę jego tętno nie podniosło się ani o jotę.”
Jesteśmy jak te głupie laski, które walczą ze sobą w kisielu. Naszym kisielem
są wszelkiego rodzaju tzw. wartości wanitatywne. Mamy nim zaklejone oczy, ale mimo to walimy
tipsami na oślep. Byłam taka świadoma,
taka mądra, a i tak dałam się naciągnąć na jakąś tanią, modyfikowaną
genetycznie marchewkę z importu. Co my tak naprawdę mamy z postawy
werterowskiej, cech grupy społecznej, wzorów Viete’a, zębów homodontycznych,
stałej dysocjacji?
Mondrość. Wiedze. Tak, tak. Maturę. Karierę. Tak, tak. Jestem niepoprawna,
fruwam z głową w chmurach. Ale tylko głową. Bo muszę się już żegnać. Na
angielski się pouczyć. (…)
Nie no! Nie jest tak źle! Nie, nie jestem Emo!
Uratowałam dziś życie synogarlicy tureckiej dwa razy ryzykując swoje.
I nawet często wpadam w dobry nastrój. Czasem nawet się uśmiecham! Nawet nie
czasem, zaryzykowałabym stwierdzenie, że często!
Bo ze mnie jest taki mały, głupi werter. Rozdarcie wewnętrzne, indywidualizm.
A przede wszystkim: NIKT MNIE NIE KOCHA!
No, tak, ale przecież to głupie jest, tak się rozczulać. Lepiej jest się pouczyć.
Taaa.
If I could fall In love again
I’d fall In love with you
PS.: Tęsknię, Clementine.
Księga Gości,
E-mail,
GG:1119291,
Blog.pl,
Aneta,
Wampir,
Waiting for the night,
ForumHOME,
Jackson Galaxy - koci behawiorysta,
Lukrecja,
Skarpetowa,
Publicznie Prywatna Galeria,
Facebook,
Last.fm.
Od 20 września 2011 r.
Zdjęcie zrobione przeze Lukrecję Czerwonajcio.
Szablon zrobiony przeze mnie.
Cytat z piosenki Depeche Mode "When the body speaks".