W biegu dni traci sens to, co najpiękniejsze jest.
Mroźne powietrze czerwieni nos, wiatr porywa włosy, a ciemne chmury zbierają się, by w końcu zmienić ten niemożliwy do przypisania żadnej porze roku krajobraz. I choć tak przyjemnie jest powdychać to słodkie jesienno-wiosenne powietrze i uśmiechnąć się do rozświetlonego  niskim słońcem nieba, to tęskno do ogólnego porządku świata, w którym w styczniu powinien być i śnieżnobiały śnieg i mrożący krew w żyłach mróz, a niebo winno być niekończącą się rzeką białego mleka. W każdym roku jest pora na śnieg, w każdej bajce przychodzi czas na morał, a w życiu nachodzi moment na refleksje. Ja przeżyłam swoje bohaterskie przygody – zwiedzałam obce krainy, walczyłam z różnopostaciowymi smokami, realizowałam marzenia, kaprysy i zachcianki, jeździłam na koncerty ukochanych muzyków i artystów, stawiałam czoło przeciwnościom losu, wrogom i dzielnie pokonywałam każdą przeszkodę. Z własną odwagą w ręku i rozumem u boku, tylko my razem, tylko ja sama z nimi. Z szlachetnym uczuciem sercu, co wzbudzał tyle radości, nadziei i miłości do wszystkiego wokół, które było moim herbem, sztandarem, zbroją oddzielającą od kolącej szarości rzeczywistości. Jednak przychodzi koniec  każdej krainy marzeń, a my jesteśmy starsi o kolejne 100 lat. Z dumą mogę wieszać na ganku głowy wszystkich pokonanych moich problemów i bolączek. Biegnę swoją Drogą coraz szybciej i szybciej, nie zważając na kolejne zadrapania i blizny, w końcu „I just don't want to die without a few scars”.  Mamy tak mało czasu na przeżycie własnej historii, że nie ma sensu rozważać sensowności każdego z wątków, byleby tylko złapać je wszystkie i umieścić w dzienniczku wspomnień. Gdyby one tylko nie wywoływały tylu emocji. I gdybym wiedziała, dokąd ma Droga prowadzi. Kolejne rozczarowania prowadzą do dojrzewania instant, natychmiastowego starczego zgorzknienia i zrezygnowania. Gdzie są te wszystkie ideały miłości, przyjaźni i emocji, które kiedyś wyznawałam? Dlaczego im więcej inwestuje się w rozum i mądrość, tym bardziej człowiek się oddala od zrobienia tego ważnego pierwszego kroku w stronę najtrudniejszej ze ścieżek dążenia do ucieleśnienia najdoskonalszej formy samego siebie.  Wiem, że nie jestem idealna. Ale teraz nareszcie wiem, że nie muszę być. Wystarczy już to co mam, teraz nie pozostaje nic innego, jak działać. Wejść na kolejny poziom. Przestać widzieć i przeżywać – działać. Choć serce nadal boli, choć głowa pełna wątpliwości, obowiązków, rozczarowań i rozmaitych bzdur, kolażu dobrych, przyjacielskich porad, filmowych cytatów i książkowych morałów. Choć łatwo ulec niezwykle uzależniającej, pozornej władzy, wrażeniu o własnym blichtrze, regresowi romantyczności i młodości. Czas się obudzić. Czas zebrać w całość wszystkie mądre przemyślenia, dawne ideały, garść pokory i środek znieczulający na niedoskonałość ludzi, świata, rzeczy i samego siebie. Czas na burzę śnieżną.
Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2012-01-14 o godzinie 02:50:43
skomentuj, jeśli chcesz.



Znam takie miejsce, gdzie przychodzą umierać koty

Świat dookoła mnie dopadła jesienna pogoda w bardziej paskudnym wydaniu. Nadmierna wilgoć atakuje zatoki, nadmierne ochłodzenie poraża stopy i nosy. Brak słońca działa tak uspokajająco, a jednocześnie pobudza  wszystko to, co do tej pory skryte było w półmroku. Przeraźliwie lodowate krople październikowego deszczu zmywają wyrzuty sumienia prawie równie dobrze, jak upojenie alkoholowe. Wszędobylskie koty wychodzą ze swych kryjówek by zaprzyjaźnić się z naszym ciepłem. Oczy wreszcie mogą odpocząć po intensywności letnich barw. Nie jestem szczęśliwa, ale chciałabym, by moje życie zawsze było takie, jakie jest teraz. Moją jedyną strawą przez czas jakiś pozostać musi poczucie, że udało mi się osiągnąć to, czego zawsze chciałam. Mogę już poskreślać z mej listy do marudzenia stwierdzenia, że „nie mam prawdziwych przyjaciół”,  że „nikomu się nie podobam”, oraz że „nikt na mnie nie zwraca uwagi”, a „moje życie jest nudne i nieatrakcyjne”. Skończyło się, a jestem o jeden schodek bliżej piętra dorosłości, już takiej całkiem na serio. Pokonałam wszystkie swoje potwory. I w ogóle nie sprawia mi to żadnej radości. Przeżywam, złorzeczę i gorączkuję się przez spóźniające się tramwaje, przez opóźnienia pociągów, przez zbieg niefortunnych wydarzeń, przez nieprzemyślaną wypowiedź, przez natłok obowiązków i wydumany brak czasu na ich wykonanie. Jestem zmęczona, a pokonywanie kolejnych trudności przestało mnie bawić w jakikolwiek sposób. Moje aktualne życie jest tak pełne wrażeń i wydarzeń, że aż mnie to nudzi. Psychicznie jestem karaluchem, przetrwam wybuch bomby atomowej. Jestem twarda jak Rambo. Jestem silna jak Supermen. Jestem bezwzględna jak Terminator. Jestem pełna wdzięku jak Lara Croft.  Przestałam się bać czegokolwiek, no może poza wyjściem na idiotkę i egzaminem z biochemii. Nie potrzebuję nikogo udawać, ani nawet nikogo słuchać. Nie muszę nikomu na siłę się przypodobywać i to chyba lubię teraz najbardziej. Jestem przez połowę życia przygnębiona, melancholijna i zamyślona i to, jak inni na to patrzą, mam tak bardzo w dupie, że przez całe życie pozwalam sobie taka być, zamiast sięgać po jakiś amerykański poradnik filozofii „Keep smiling”. Chciałabym wreszcie zrobić coś, co będzie miało sens. Zostałam stworzona do wyciągania dzieci z pożarów, niesienia pomocy ludzkości, ratowania świata i czynienia go lepszym, a nie mogę nawet krwi oddać. Mam w sobie coraz mniej chęci na cokolwiek, coraz bardziej chowam się i wycofuję w mrok. Jeżeli ktoś by mnie szukał, wie, jak można mnie znaleźć. TylkoNieZostawiajcieMnieTuSamejNaZbytDługo.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2011-10-09 o godzinie 02:05:10
skomentuj, jeśli chcesz.



But we won't sacrifice anything at all to love.

Ludzie stają się tacy okrutni, kiedy dorastają. Po kolei porzucają świat swojej wyobraźni, różowe okulary, przez które postrzegają świat i młodzieńcze ideały, wpajane od najmłodszych lat. Piotruś Pan dorasta i sam staje się piratem. Po doświadczeniach jestem w stanie emocjonalnym nasuwającym mi stwierdzenie, że wszyscy wyrastamy na postaci z naszych ulubionych bajek, niestety nie te dobre. Między innymi dlatego zaczęłam się cofać i na powrót zachwycać tym, co podziwiałam w dzieciństwie – przede wszystkim filmami i animacjami. Aktualnie dostarczają mi one chyba nawet więcej emocji niż kiedyś, pozwalają patrzeć na świat z dystansem i przede wszystkim dają mnóstwo frajdy, najczystszej, jaką na co dzień przeżywają dzieci.  Wydaje mi się, że kiedyś już o tym wspomniałam, wydawało mi się wówczas, że to jedynie chwilowa fascynacja i sentymentalizm, wyraz strachu przed dorosłym życiem. Sednem sprawy jest chyba to, że ja wciąż utożsamiam się z bohaterkami ulubionych bajek. Jestem syreną nie chcącą pogodzić się z życiem w Oceanie Rzeczywistości. Jestem księżniczką, która zbyt łatwo ufa obcym i nie dostrzega niebezpieczeństw skrywających się za czerwonym jabłkiem. Jestem jak Mulan i stać mnie na gesty odwagi. Jestem Zaplątana w bardzo ważną dla mnie więź z rodzicami. Jestem kopciuszkiem i marzę, by chociaż na moment wyrwać się do innego, lepszego świata. Jednak nawet marzenia mają swoje granice. Dlaczego najbardziej utożsamiam się ze Śpiącą Królewną? Bo chciałabym móc przespać przydługie czekanie na kogoś, kto uratuje mnie przed wiedźmą, zwaną Brutalną Rzeczywistością.
 Chciałabym móc dorośle i dojrzale nie dręczyć się nazbyt emocjonalnie wszystkim, co się wokół mnie dzieje i tym, jak traktują mnie ludzie. Powierzchownie zazdroszczę innym, że potrafią tak szybko przestać się  przejmować niepowodzeniami i tym, co złego zrobili innym. Że mają receptę na gorzki lek, który szybko i bezboleśnie zamyka rany. Jednak w głębi ducha tego wcale nie pragnę i nie potrzebuję. Nie chcę być kimś takim i nie chcę takich rzeczy dojrzale rozumieć. Nie chcę zagłuszać sumienia i duszy jednym stwierdzeniem „Life is brutal”.[Wbiłeś mi sztylet w serce. Nazwij to jedynie bolesnym załatwianiem interesów, razem nazwijmy to jasną i zrozumiałą sytuacją, jednak nie przyniesie to żadnemu z nas ulgi. Bądź dumny ze swej dorosłości, wolę moje zgubne ideały].
Ostatecznie jestem wolna. Mogę robić, co chcę. „Jestem ateistą – myślę samodzielnie”.  Stan odkochania będzie chyba drugim, po stanie zakochania, moim ulubionym. Nie podobają mi się już jego oczy. Nie podoba mi się już barwa jego głosu. Nie tęsknię za nim. Jestem wolna i z radości z tego powodu aż nie wiem, co robić, miotam się. Pozdrawiam wszystkich panów 30+, którzy stawiają mi drinki i patrzą na mój taniec jak głodne wilki. Czasami dążąc po trupach do niemożliwego celu, osiągamy tylko jego karykaturę. Nie wiem, czy mocniejsza jest radość, którą wtedy osiągam, czy poczucie żalu i wyostrzony apetyt, że to jednak ciągle nie to.” 'Cause yesterday' s got nothin' for me”. Nie oglądam się w przeszłość, cierpię z powodu otwartych ran, nie rozgrzebuję ich jednak i nie posypuję solą, nie kładę się do łóżka. Żyję dalej z tą raną, idę dalej, nie utożsamiam jednak tego z „udaję, że nic się nie stało”, kiedy się stało. To jest ten moment, w którym sama sobie mogę powiedzieć:  „Każdego szkoda”. Jestem zakręconą kobietą w butach na obcasach i eleganckiej koszuli z wielkim plecakiem na plecach. Żyję z sobą, nie chcąc niczego zmieniać. Wiem, ciągle to powtarzam jak usprawiedliwiającą mnie mantrę. Ciągle miotam się, widząc, że można żyć łatwiej, prościej, przyjemniej, zmienić się, nie odzywać się, nie afiszować za nadto z uczuciami i mądrością, dorosnąć. Dlatego muszę sobie nieustannie powtarzać dlaczego nie wybieram łatwiejszych opcji. Jestem wrażliwą księżniczką, która swą siłą pobiła niejednego księcia. Paradoksalnie, to, co jest we mnie najlepsze, najbardziej ze wszystkiego nie pozwala mi być szczęśliwą. Ale już niedługo studia, nie będę miała na szczęście czasu, by się tym martwić.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2011-09-19 o godzinie 02:27:25
skomentuj, jeśli chcesz.



Well everything's another excuse to keep from doing what I want too

Za kogo Ty się w ogóle uważasz?
Osądź mnie. Ustaw na linii startu w wyścigu szczurów, gdy zależy mi na ocenie wyższej niż dostateczna. Postaw w szeregu razem ze wszystkimi komputerowymi nerdami, bo zbyt często jestem on-line.  Ze współczuciem  patrz, jak miotam się, nie mając pomysłów na spędzenie wolnego czasu. Wtul się w ramiona ukochanej osoby i pociesz samego siebie, jak to dobrze, że masz kogoś bliskiego. Rozkoszuj się swoimi pasjami i wywyższaj nimi nade mną. Udowodnij mi po raz setny, że moja samotność jest jedynie wyimaginowana, podlewając moje nadzieje kolejnymi obietnicami i zapewnieniami, że kiedyś wszystko się ułoży. Wiesz, całą sobą nastawiona jestem na to, że kiedyś się ułoży. Ale niestety, musi się ułożyć samo. Samotna, zahukana, niezdarna, żałosna w swej pogoni za bliskością, bez pasji, kujon, robiąca fatalne pierwsze wrażenie, no-lifer, kociara. Dobrze, taka jestem. Ale w tym właśnie tkwi moja siła i moje największe przekleństwo. Lenistwo, egoizm czy młodzieńcze ideały i duma zwyczajnie nie pozwalają mi ulepszać samej siebie. Z fanatycznym błyskiem w oku tego się trzymam. Własnej osobowości. Własnych idei. Własnego stylu bycia. Nie, proszę, nie doradzaj mi, co mam zmienić, bo o ile dobrze mnie znasz, dobrze wiesz, że ja raczej nie zmieniam niczego. Podobno brak zmian to brak postępu, rozwoju, stagnacja. Trudno, każdego szkoda. Już dawno przestałam wierzyć w doskonałość, bo ona wcale nie chroni, przynajmniej nie przed tym, co jest moją największa dolegliwością.
Dobija mnie to, jak niewiele znaczę dla innych. I nie potrafię się z tym pogodzić. Dlatego męczę wszystkich swoją osobą. Dlatego jestem starostą. Dlatego lubię brać za dużo rzeczy na siebie. Dlatego tak bardzo się cieszę, gdy wreszcie ktoś się mną zainteresuje. Czasem ta radość sprawia, że zachowuję się aż idiotycznie. Ale widzieć śmiech na twarzach osób, które nawet wbrew ich samym nazywam przyjaciółmi, to dla mnie prawdziwy skarb. Móc doradzić, pomóc, odebrać telefon, załatwić coś, pocieszyć (chociaż tego nie umiem), porozmawiać, przedyskutować. Ochhh, mój przyjacielu, zrozum to. Zanim osądzisz mnie za moje nieatrakcyjne życie. Pomyśl o mnie, zanim kolejny raz zapomnisz. I nie każ mi być bardziej cierpliwą, towarzyską, częściej się uśmiechać i bywać. Bo szczęście mogę odczuwać tylko jedynie będąc sobą. Mam w sobie ogromną wściekłość i bunt, ale powoli przekuwam je w azjatycki spokój. Przeszłam emocjonalne piekło, nie mam nikogo, kto chciałby wysłuchiwać moich narzekań, nie mam w życiu nic ważniejszego poza studiami, a mimo to radzę sobie świetnie. Ze łzami w oczach, z poobijanymi nogami, z większym lub mniejszym wsparciem dalej pozostaję taka sama. Cieszę się, że są osoby, które mimo moich dołujących wpisów na blogu i facebooku, nadal cierpliwie mnie wspierają w trudnych chwilach. Jednak moim marzeniem jest otrzymywać takie samo wsparcie, nie pisząc rozpaczliwie o moich bolączkach publicznie.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2011-09-06 o godzinie 00:39:03
skomentuj, jeśli chcesz.



Whenever I'm alone with you, you make me feel like I am home again

Jak dobrze, że życie potrafi zaskakiwać. Jak dobrze, że mimo, iż jesteśmy skazani na bycie samym sobą, to są momenty, kiedy to brzemię nosi się lekko i z przyjemnością. Jak dobrze, że nie jesteśmy w stu procentach wszystkiego przewidzieć, jednocześnie będąc pobudzanym przez przebłyski intuicji. Jak to dobrze, że marzenia się spełniają.Kocham ten stan, kiedy jest mi tak dobrze,  że nie jestem w stanie wymarzyć sobie niczego więcej. Kiedy trwa chwila, którą chcę zapamiętać na długo. Bardzo długo. I posiłkować się nią, osładzając szarą rzeczywistość. I chociaż z czasem wspomnienia się przecierają i nie sycą tak jak świeże, chociaż mdli i kłuje czasem brak nowych doznań, to niektóre z nich stają się dla nas niczym ulubione smaki lodów.

Jak dobrze widzieć wszędzie swój uśmiech. W szybach samochodowych. W witrynach sklepowych. W lusterkach. W drzwiach autobusu. W oczach. A jeszcze lepiej widzieć swój uśmiech na twarzach towarzyszących mi osób. Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali o moich urodzinach. Nigdy chyba nie będę miała do końca pojęcia i przeczucia, jak właściwie traktują mnie ludzie i co sobie o mnie myślą, więc zwyczajnie cieszę się takimi chwilami, przynajmniej na razie. Och, życie byłoby takie potwornie nudne, gdyby dałoby się zaplanować szczęście! Może właśnie wtedy, kiedy zakładam z góry, że jakaś chwila będzie szczęśliwa, to nigdy rzeczywistość nie sięga oczekiwaniom i dlatego tak często jestem rozczarowana. A teraz? Och, tak, egzaminy, sesja, zaliczenia, brak planów na lipiec wydają mi się takie odległe. Zauroczenie to taka cudowna chmurka, dzięki której wydaje się, że można swobodnie przelecieć nad wszelkimi przeszkodami i problemami, gdzie nie sięga człowieka ani brutalna rzeczywistość ani kłopoty.

I kto by się tego wszystkiego spodziewał? Ja na pewno nie. W sumie to dość smutne, że większość szczęścia w życiu spotykamy przypadkiem. Tyle zmarnowanych okazji, bo podjęłam złe decyzje, bo nie pojawiłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, bo nie byłam w odpowiednim nastroju. Wiem, że najłatwiej jest powiedzieć, żeby z „życia czerpać pełnymi garściami” – szkoda jednak, że człowiek nie zawsze ma siłę na to zagarnianie pełną dłonią.I że nie zawsze się pamięta o tym, że szczęście to nie tylko wygrana maratonu czy dzień ślubu.

To kilka minut tańca przy ukochanej piosence (*http://www.youtube.com/watch?v=pLtVpPMIgJE" ). To kilka chwil, kiedy siedzisz z Kimś i nie martwisz się niezręcznym milczeniem, bo czujesz, że wszystko będzie dobrze. To samotny spacer o świcie do domu, kiedy o pójściu dobrą drogą pamiętają tylko nogi, a rozum rozpływa się pod wpływem entuzjazmu i ekscytacji. To kot, który przyjdzie się połasić. To kilkadziesiąt minut (dziennie!) rozmowy z mamą i tatą, kiedy nie rozmawiamy ze sobą o niczym konkretnym, tylko po prostu cieszymy ze wzajemnego kontaktu. Życie potrafi być takie wspaniałe i nieprzewidywalne, jeszcze tydzień temu napisałabym, że za nim nie przepadam i przytłacza mnie fakt, że tylko moim rodzicom chce się ze mną kontaktować i tak dalej. A Dzisiaj? Dzisiaj, na szczęście jest inaczej.
I ja też będę mogła zasnąć z uśmiechem na twarzy. Przynajmniej dzisiaj.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2011-05-31 o godzinie 00:33:40
skomentuj, jeśli chcesz.



I thought I left my past behind

Coraz szybciej zbliżamy się do stacji Sesja. Po nazbyt przyjemnym postoju przy Weekendzie Majowym przed nami coraz groźniej wyglądający punkt końcowy tego szalonego kursu zwanego pierwszym rokiem na weterynarii. Mój entuzjazm związany ze studiami nie zmalał, ale zdecydowanie przygasły chęci i mobilizacja do działania.

Zdecydowanie nienawidzę każdej wolnej chwili, która uświadamia mi, że jestem niezwykle samotna i za bardzo nie mam pomysłu na to, co robić z czasem, poza nauką. Dlatego tak bardzo przybijają mnie weekendy, kiedy nie potrafię się zdecydować, czy oddać się szaleństwu nic nie robienia, czy wyrzutom sumienia, że nie potrafię zająć się niczym konstruktywnym – ani przyszłościowym, ani rozrywkowym. Do Świąt Wielkanocnych nawet nie zauważałam, jak niebezpieczne było pozwolenie mojemu sercu na zaangażowanie w walkę o stypendium i życie uczelniane. Dopiero, kiedy na jedną z najbliższych mi tutaj osób nakrzyczałam, jak może nie rozumieć mojego dramatu związanego z tym, że dostałam 4,5 zamiast 5 z kolokwium, zauważyłam, jak bardzo zatraciłam się w tym naukowym szaleństwie. I że nie o to chyba w życiu chodzi, by zdobyć upragnione stypendium i przy okazji stracić wszystko inne. A każde niepowodzenie, spowodowane chociażby niesprzyjającymi okolicznościami losu lub zwyczajnym pechem, sprawiało mi tak niesamowity ból i sprowadzało do myślenia tylko w  jeden sposób -  że w życiu i z życia nie mam już nic, nawet już nie uczę się tak dobrze. Zaczęłam bardzo głęboko szukać w swej przeszłości jakiejś życiowej wskazówki – obejrzałam jeszcze raz Gwiezdne Wojny (i ponownie się w nich zakochałam), część bajek Disneya, otaczać się przedmiotami infantylnymi, zabawnymi, związanymi z czasami dzieciństwa. Ale ciągle nic nie dawało mi spokoju (może poza Star Wars), a ja odnajdowałam coraz więcej wskazówek, które jednak nie umiałam połączyć w jakiś morał na przyszłość. I ciągle nauka, brak czasu nawet na posprzątanie pokoju i ugotowanie sobie czegoś zdrowszego. I to obolałe serce, obrzęknięty mózg, palące wyrzuty sumienia, dobijające porażki. Wielu z moich znajomych podobno zakładało się, jak szybko  takie życie plus problemy starosty grupy i krypto-wice-staroty roku mnie wykończą i wypalą. Wystarczyło 2 i pół miesiąca…

Punktem kulminacyjnym była dla mnie Wielkanoc. Kilka dni spędzonych samotnie w domu, brak kontaktu ze światem zewnętrznym, gorączka przygotowań świątecznych i nieustanne zirytowanie postawą najbliższych – nic, co jakkolwiek mogłoby pomóc mi wreszcie odpocząć i odetchnąć.

I jeszcze ta nieustanna myśl, ten nieustannie tlący się płomyk w sercu, ta idiotyczna, miniaturowa, zielona pochodnia Nadziei – że on kiedyś wróci, że zrozumie, że kocha, że już nie, nie, nie, nie będę sama. I że ciężka praca wcale nie zabija uczuć, jedynie chowa je gdzieś na zapas.
Pewnie każdy z Was zna to beznadziejne uczucie gdy zabijana jest ostatnia nadzieja. Gdy już się wie, że nic nie będzie normalne i tak jak dawniej. Nawet nie przypuszczałam, jakie ewolucje przejdzie ostatni promyk mojej miłości, a przede wszystkim jakie zasieje spustoszenie nieupilnowany. Recepta tylko jedna: nie myśleć o tym. Uczyć się, nie myśleć, gotować, nie myśleć, spać, nie myśleć, imprezować, nie myśleć, uczyć się, nie myśleć, uczyć się, zatracić się, nie myśleć.

Ale to patrzy na mnie z lustra. Jest w moim pokoju. Wyskakuje z lodówki. Tkwi między książkami. Zaplątało się między moje ubrania. Zamieszkało na dnie mojej szafy. Turla się w szufladzie.
Tylko dostatecznie dużo innych bodźców jest w stanie przegonić tę myśl.
Nawet wyrzucając zużytą pomadkę pomyślałam, że była ze mną dłużej niż on.
Więc zaczęłam życie po drugiej stronie. Impreza, wyjście ze znajomymi do pubu, „a jedno koło z biochemii mogę sobie darować”, zakupy, spacery, „a, dam radę ogarnąć to w jeden dzień”, imprezy, zakupy, „kurcze, jeden dzień na anatomię to za mało”, przygotowanie stroju na juwenalia, projekt P.I.W.O, 4godzinny sen, imprezy, koncerty, pochód Juwenaliowy, ognisko, noc muzeów, noc filmowa, spacer o 4 nocy do domu razy dwa. I jest wesoło i jest fajnie, i uśmiecham się do zdjęć, wszyscy mnie fotografują, mam wspaniałych znajomych, podobam się mężczyznom w komunikacji miejskiej, o jacie, brak czasu nawet na komputer i facebooka, jacie, jacie, niebieskie włosy, ulica sezamkowa, mupety, studenckie szaleństwo. I jeszcze i jeszcze!...

I jestem wyciśniętą cytryną. Im bardziej zarzucam sobie lenistwo, tym mniej się przykładam. Nawet wiszący nade mną topór mnie nie mobilizuje. Nawet świadomość, że już nie jestem taka dobra jak kiedyś mnie nie mobilizuje. Książki patrzą na mnie krzywo. Sesja, a one tak krzywo patrzą. Sesja, a ich stronice działają jak środek usypiający. Sesja, a takie piękne słońce. Sesja, a tak dobrze rozmawia mi się z przyjaciółmi, znajomymi, rodzicami. Sesja, a ja siedzę na komputerze, oglądając poczekalnię na kwejku. Sesja, a mnie nic nie boli, poza wyrzutami sumienia. Przyzwyczaiłam się do wyrzutów sumienia. To ulga. Ale bardzo zła ulga. Niebezpieczna ulga. Stąpam po cienkiej linii nad przepaścią, bardziej po niej biegnąc i licząc na szczęście, zamiast przemyśleć i wywarzyć każdy krok. I znów jestem sama. A co gorsza, nie mam nawet siebie.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2011-05-24 o godzinie 23:31:22
skomentuj, jeśli chcesz.



Let's make it all, all for one and all for love

Każdy w życiu ma wzloty i upadki. Zauważyłam, że najczęściej publikuję tutaj teksty, kiedy jestem przygnębiona i natchniona sentymentalną melancholią. Postanowiłam to zmienić i poczekać na moment, gdy złapię wiatr w żagle.
 Ostatnio dość mocno zafrasowały mnie Walentynki. Mogłabym opisać, jak bardzo jest mi smutno i przykro, że spędziłam je po raz dwudziesty w „formie singletowej”, tak zarówno  mogłabym udawać, że wcale nie, że mam to gdzieś, że nic mnie nie obchodzi głupie, komercyjne, amerykańskie święto i że jestem twarda jak bojowo nastawiona feministka.  Pewnie niewiele Was obchodzi moje zdanie, ale ja uważam, że jest to po prostu dobra okazja do zrobienia czegoś miłego dla kogoś dla nas bliskiego. Nie uważam tego dnia za święto wymuszanych randek, święto na siłę kupowanym i wciskanym w ręce kwiatków i czekoladek, „walentynkowych” promocji i wypadów. Po prostu dzień, który możemy uczynić dobrym dla kogoś innego. Ukochanego, dodajmy. W prawdzie dość smutne jest to, że w moim wypadku nie wypalił ani babski wieczór, ani wieczorny wypad spod znaku „matka i córka”. Bo każdy dorosły człowiek ma kogoś ukochanego, z kim powinien spędzić ten lutowy wieczór. No, prawie każdy. Mój mózg mówi mi „Och, Zuzanno, wszyscy Cię kochają, ale nikt nie chce spędzić z Tobą Walentynek”
* (Albo raczej „Och, Susanna, everybody loves you, but no-one wants to spend Valentine’s with you”, bo mój mózg tak naprawdę jest amerykańskim scenarzystą) .
 Wiem, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi. Nawet nie wiecie, jak bardzo, choć  w głębi serca, to doceniam. Przeszłość nauczyła mnie szanować tych ludzi, którzy chcą ode mnie czegoś więcej niż przydatnej informacji lub spisania zadania domowego. Moje okazywanie pozytywnych uczuć zawsze było dość karkołomne i ułomne (chyba każdy wie, że o wiele lepsza jestem w tragediach i dramatach) dlatego może nie każdy z Was jest w stanie to odczuć, ale naprawdę pochlebia mi to, że jest jeszcze ktoś, komu chce się czytać moje wypociny i kto jest w stanie cierpliwie znosić moje narzekanie na życie i całą resztę. Ludzie wokół mnie dodają mi mnóstwa życiowej siły, jednakże w gruncie rzeczy czuję się dość samotna. Jest to dość niezwykłe, ale żeby przesadnie nie marudzić po prostu podzielę się jedną refleksją, a mianowicie tylko tym, że zauważyłam, że większość radości w życiu sprawiłam sobie sama i samotnie je przeżyłam. Nie bez powodu w poprzednim zdaniu pada słowo „większość” zamiast słowa „wszystkie”. Jednak nie da się ukryć, że na większość gorąco oczekiwanych przeze mnie wydarzeń przygotowuję się i wybieram samotnie lub z przypadkowo dobranym towarzystwem. Nie narzekam, nieraz udało mi się w ten sposób poznać sympatycznych ludzi czy też zupełnie i bezpretensjonalnie oddać się przyjemności przeżywania, jednak na dłuższą metę nie ma zupełnie nikogo, kto w pełni by mnie rozumiał, odczuwał, miał podobny gust, sposób myślenia i odbierania świata. Swoją oryginalność i wyjątkowość odbieram jako zalety, jednak nie da się ukryć, że przez nie czuję się, wizualnie mówiąc, jak taki ktoś, kto samotnie siedzi na jakimś szarym postumencie na ogromnym placu pełnym ludzi. Może to przez to, że jestem osobą wychowaną na bajkach, książkach, a przede wszystkim filmach. Z nich zbudowałam sobie swój sposób postrzegania świata i myślenia, swój przedziwny system wartości. Wyobrażam sobie swoje życie i ewentualne zdarzenia jak sceny z filmów, z filmowymi gestami, minami i dialogami. Dlatego jestem w stanie robić rzeczy niezwykłe, zgodne z tym, co podpowiada mi scenariusz jednego lub innego filmu. Ratuje mnie jedynie to, że nie kieruję się jedną postacią, chcę być kilkoma na raz. I taka też jestem, posklejana, czyli skomplikowana i emocjonalna. I zawsze już taka będę, nawet jeżeli jestem oskarżana o brak energii życiowej, przesadną melancholię lub choleryczną manię przejmowania się wszystkim i martwienia o przysłowiowo-podwórkowe „byle gówno”. Taki ze mnie nerwowy, uwspółcześniony romantyk o odwadze tygrysa i pewności siebie nosorożca sumatrzańskiego* (*podobno najbardziej nieśmiałe zwierzę, według jakiegoś pana z Animal Planet). No. To tak w ramach tłumaczenia się przed światem i przed sobą z własnej osobowości i wszelkich błędów, kiedy mam odwagę i tupet wobec prowadzących i wykładowców, a nie mam zwyczajnej śmiałości, by zagadać do chłopaka, który zrobił na mnie wrażenie swoją postawą.
Pewnie chcecie spytać, co ja zrobiłam takiego miłego dla moich bliskich na Walentynki. Otóż parę miesięcy temu, kiedy moja mama znowu użalała się i rozmyślała, czy wybrać się na koncert Bryana Adamsa powiedziałam jej „Albo przestaniesz marudzić, albo sama Ci ten bilet kupię na Walentynki!”.
Obietnicę spełniłam, taki ze mnie pierdolony romantyk, sarmacka szlachcianka polska, o!


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2011-02-23 o godzinie 21:08:45
skomentuj, jeśli chcesz.



W pamięci składam wciąż pasjans z samych serc...

Parafrazując: jeśli nieszczęście rodzi natchnienie, to powinnam być u szczytu swoich możliwości. Człowieka dogłębnie skrzywdzonego , którego emocje i uczucia zostały obrzygane, a następnie poproszonego by je z powrotem zjadł, stać chyba na wszystko. Przejmuję władzę. Wyjmuję sztylet z własnych pleców i rzucam nim między łopatki przeciwnika. I w dodatku pierdolę, dosłownie i metaforycznie. Wszystkie ideały, które trzymałam oburącz, zostały mi wyrwane siłą. W ciągu jednego tygodnia tak dużo się wydarzyło i zmieniło, że jedynie co jestem w stanie zrobić, to powiedzieć „Nie ogarniam” na zmianę z „Chcę umrzeć i mieć spokój”.
„Przestań pitolić jaka jesteś poszkodowana, bo tak jak ja {...}, tak Ty  nie jesteś jedyną {...} - umartwiasz się czytaniem o takich kobietach, pielęgnujesz w sobie tą nienawiść, a nie dostrzegasz prostej rzeczy: że nie tylko Tobie coś takiego się przytrafiło.” „Jesteś egoistyczna”. „Nic nie czuję/czuję się trochę zazdrosny”. „Zazdrościsz mi przyjaciół”. „Nie da się ukryć, że byłbym z Tobą tylko dla seksu”.  „Wiesz, książki też wybiera się po okładce”. „Bardzo chciałem, ale nie mogę” razy milion. „Jesteś idealna, to ludzie są oszustami”  razy tysiąc. „Wiem, jestem dupkiem” razy nieskończoność.
Czuję się jak jakiś archaiczny męczennik szczerości i uczciwości. Nie ogarniam tego, że mam seksowne ciało. Czy to od razu predestynuje do bycia wiecznie oszukiwaną i porzucaną? Zwłaszcza, że ja nigdy niczego nie udaję. Nie jestem słabej jakości produktem z dobrą, kolorową reklamą w telewizji. Nie udaję bóstwa, nie narzucam się ze swoją talią, cyckami, długimi nogami, nie kołyszę biodrami, nie wklejam na portale zdjęć mówiących „patrzcie-jaka-jestem-boska”. Nie udaję osoby inteligentniejszej niż jestem, weselszej niż jestem, atrakcyjniejszej niż jestem. Nie boję się na naszym pierwszym spotkaniu powiedzieć „Tak, jestem egoistyczną, rozpieszczoną jedynaczką i prawie zawsze dostaję to, czego chcę”. Jestem marudna, męcząca, melancholijna, mam zmienne nastroje i twarz, z której z łatwością można odczytać wszelkie emocje. Nie zapominam o dość wulgarnym sposobie wyrażania się, męskich manierach i specyficznym, chłodnym temperamencie. I o nadmiernej ufności, że ktoś, kto się do mnie zbliża nie chce mnie skrzywdzić.
„Zdałaś anatomię, histologię, biologię komórki, powinnaś tryskać entuzjazmem!”.
Cóż, przykro mi, ale nie tym razem.
Ale to tylko ból. Kiedy myślisz, że już nie może być gorzej, a jednak odkrywasz w sobie nowe, jeszcze bardziej dogłębne możliwości jego odczuwania. A ból jest mocą niezwykle inspirującą i twórczą. Mogę być nowym, polskim Chuckiem Palahniukiem. Mogę strzelać cytatami z jego książek jak z karabinu. „Kiedy nie wiemy, kogo nienawidzić, nienawidzimy samych siebie”. „Nie ma we mnie nic oryginalnego. Jestem zbiorowym dziełem wszystkich, których w życiu poznałam”. „Może ludzie muszą naprawdę odcierpieć swoje, zanim mogą zaryzykować robienie tego, co lubią.”
People don't want their lives fixed. Nobody wants their problems solved. Their dramas. Their distractions. Their stories resolved. Their messes cleaned up. Because what would they have left? Just the big scary unknown.

You can't base your life on the past or the present. You have to tell me about your future.

When you understand that what you're telling is just a story. It isn't happening anymore. When you realize the story you're telling is just words, when you can just crumble it up and throw your past in
the trashcan, then we'll figure out who you're going to be.


The best way is not to fight it, just go. Don't be trying all the time to fix things. What you run from only stays with you longer. When you fight something, you only make it stronger.

Więc w zasadzie nie mam nic więcej, poza dramatyczną hist
orią do opowiedzenia.
Poza przyznaniem się do własnej próżności. Jako bardzo brzydka dziewczynka o bardzo podziurkanej bliznami twarzy i bardzo mocno zaciśniętych ustach przyzwyczaiłam się, że nikt niczego ode mnie nie chce, że to jest niemożliwe, żebym mogła się komuś podobać i że zbliżyć się może jedynie osoba o infantylnie uczciwych zamiarach. A teraz? Ja podobam się facetom, którzy mniej ode mnie wiedzą, czego chcą, którzy są mniej odważni ode mnie, którym moja zajebistość odbiera męskość, ja, ja, ja po prostu kurwa tego nie ogarniam!


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2011-01-23 o godzinie 20:04:56
skomentuj, jeśli chcesz.



Save me, take me away to the moonlight!

„Dopiero gdy stracimy wszystko stajemy się zdolni do wszystkiego.”
Właśnie ten moment uznałam za najlepszy do gruntownych przemyśleń, zmian i postanowień. Wydaje mi się to o wiele bardziej szczere niż wymyślane na siłę postanowienia noworoczne, wielkopostne czy adwentowe. A szczerość jest dla mnie niezwykle istotna.
Jest to dla mnie dość dziwny okres. Po wypłakaniu kilku nocy i dni po kolejnym niezwykle bolesnym rozstaniu, czuję, że wypłynęły ze mnie już wszystkie złe emocje i że jestem w stanie zrobić wszystko. Zmienić styl życia. Ubierania. Przemyślenia. Wizerunek. Przekonać się do rzeczy, które wcześniej mnie przerażały i  odrzucały. Spróbować wykorzystać ten okres do poznawania nowych rzeczy.
Jakoś w ogóle nie dociera do mnie, że jest gorący zaliczeniowo-sesyjny okres i że nie powinnam zbyt dużo myśleć o sobie, raczej o głowach bardzo smutnych psów, codziennym etacie organelli komórkowych i języku starożytnych Rzymian. Z jednej strony mam ochotę wyjść naprzeciw tym wszystkim trudnościom i stawić im dzielnie czoła, by móc samej sobie i innym (bardzo konkretnym pewnym innym) pokazać, że jestem niezwykle zdolna do Życia, że nie boję się niczego i że dam sobie ze wszystkim radę. Z drugiej jednak, łzy wypłukały ze mnie emocjonalne siły i chyba nie potrafię aktualnie niczego jakoś szczególnie chcieć. Starać się. Walczyć. Zdobywać. Osiągać.
 Wszystko jest takie szare, zwłaszcza, gdy styczeń jest taki ciepły i mokry. Dookoła cały świat jest zabłocony, zabrudzony, pozbawiony liści i zakurzony. Jednak powietrze jest o wiele przyjemniejsze do oddychania. Zachód słońca w prosektorium. Ciepłe wnętrza tramwajów. Uroki miast. Sarenki na polach. Szynszyla wcinająca stary papier. Film dokumentalny o zwierzętach. Rozmowy z przyjaciółmi. Nie jestem w stanie przeżywać niczego bardziej skomplikowanego niż rozkoszowanie się urokami świata, drobnymi przyjemnościami i chwilą relaksu. I choć co chwila płaczę, bo do mnie jeszcze wiele rzeczy nie dotarło, bo gdziekolwiek nie spojrzę, czegokolwiek nie usłyszę, cokolwiek nie poczuję, przychodzą do mnie cudowne wspomnienia, które od dnia dwunastego stycznia cudownymi już być nie mogą. „To teraz nasz świat, a tamci ludzie z przeszłości nie żyją.” Sięgam przed snem po telefon po czym po chwili orientuję się, że nie mam już do kogo dzwonić tej porze. Że wszystkie sobotnie wieczory mam teraz wolne. Że mogę bez wyrzutów sumienia pozwolić sobie na stwierdzenie „Słodki Jezu, jakie ciacho!”. Że nie muszę już spuszczać wzroku, gdy ktoś się do mnie uśmiecha. Że powinnam coś odpowiedzieć, gdy ktoś mówi „Osobiście uważam, że jesteś bardzo seksowna i pociągająca”. Mogłabym wykorzystać ten czas na budowanie nowej siebie, na zasadzie „nowe miasto – nowi ludzie – znów zaczynasz od zera”, bo bardzo niewiele łączy mnie z przeszłością i przeszłością przeszłości. Mimo to uparcie jednak zostanę przy najszczerszym byciu niesłychanie samą sobą.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2011-01-15 o godzinie 00:13:15
skomentuj, jeśli chcesz.



I can't go any further then this I want you so bad it's my only wish

Przez pół nocy nie umiałam zasnąć dręczona przez swoje myśli. Postanowiłam odpalić swój nowy, fantastyczny sprzęt i je zapisać, te niestety gdzieś pouciekały. Po krótkiej pisemnej rozgrzewce, szło mi całkiem nieźle, nawet dobrze, nawet bardzo dobrze, nawet byłam zadowolona z efektów swojej pracy, nawet podejrzewam moja polonistka mogłaby być zadowolona, po czym ciach – laptop zsuwa mi się z kolan razem z kołdrą, gdzieś w tym całym zamieszaniu mój nowy, fantastyczny sprzęt odczytał ten gest jako „zamknięcie okna” i całe moje wywody po prostu szlag trafił. Moje serce krwawi ogromnie, na pewno zrozumie mnie ten, komu przydarzyła się podobna sytuacja. Jakoś spróbuję posklecać wszystko od nowa, choć boję się, że dojdę do mniej ciekawych i literacko doskonałych wniosków, że nie wszystko pamiętam, że z minuty na minutę coraz bardziej będzie dokuczał mi głód i że godzina trzecia w nocy będzie dobijać mnie w o wiele okrutniejszy sposób niż godzina pierwsza. Potrzebuję jednak pomocy, więc mimo nieludzkiej godziny wysyłam w kosmos to tradycyjnie długie ogłoszenie, może ktoś akurat się wzruszy, i może ktoś zrozumie, że powiedzenie „Weź się do roboty” czy „A nie mówiłam” nie są tym, czego aktualnie potrzebuję.
Generalnie jestem smutna, a to dobry czas, by coś napisać. Nic tak nie sprzyja literackiej wenie jak samoistnie napędzająca się machina żalów i narzekań. Rozmyślam w większości o Mojej Małej Rozbuchanej Miłości, jej obiekcie, przede wszystkim myślę jednak o sobie, dopiero jak już się dobrze siebie rozmyślę, może ewentualnie czasem pomyślę o innych. Przychodzi w życiu taki Zły Moment, kiedy człowiek uświadamia jaki jest niezdarny, naiwny, nierozsądny, jak bardzo i głęboko złamane  jest jego serce, jak bardzo zawala ważne rzeczy i jak wielkim echem odbija się jego wołanie o pomoc. Ten Moment jest jak gangrena, która toczy ciało od środka, trując umysł i duszę.

 Nie ma co dużo ukrywać, przede wszystkim myślę o swoim Wakacyjnym Romansie, mojej własnej Casablance, Dzikości Serca i uniesieniu duszy. Nie wiem nawet, czy była to tak naprawdę miłość, niestety chyba raczej nigdy się nie dowiem. Próbowałam walczyć z tym na wszelkie sposoby, znane mi jedynie z filmów i kolorowych gazet. Czekać, aż samo przejdzie, rany goi czas, bla bla bla? Bzdury, gówno prawda. Dokonać ewakuacji z jednych ramion w drugie, potem w trzecie? Też na dłuższą metę nie satysfakcjonuje, to obusieczny miecz, który rani, gdy opadnie się z sił.

Pewnego razu, gdy się obudziłam, lub gdy szłam spać zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem tym zmęczona. Małymi, przelotnymi romansami, ulotnymi nadziejami, uśmiechami, najgorszym narkotykiem kobiecego umysłu. Lubię to, wbrew mojej melancholijnej naturze, tak jak w sumie każdy z nas, choć nie każdy chce się do tego przyznać, uzależnienie od tego przemiłego uczucia podobania się, od flirtu, od naturalnych zastrzyków dopaminy, od uśmiechów, którymi ja aktualnie jestem zmęczona.  Nawał pracy tylko jeszcze bardziej mnie unieszczęśliwia (tak, mnie, królewnę), summa summarum nic nie działa, ja ciągle żyję i wzdycham płucami ciężkimi od złamanego serca.

W końcu jestem takim widziadłem, które żyje samymi wspomnieniami i marzeniami. Jednak wspomnienia bawią mnie o wiele bardziej, niż aktualne przykre obowiązki. Mój dzisiejszy nocny wniosek był taki, że ja chyba nigdy nie byłam w stanie porządnie zająć się poważnymi rzeczami. Najbliższe miesiące są dla mnie takie ważne, a ja mam nastroje jak rozkapryszony dzieciak i z chwili na chwilę mam coraz mniejszą motywacje. Jestem osobą absolutnie niedostosowaną do współczesnego Rynku Pracy, moje zalety na tym polu przestają być zaletami. Gdybym umiała pisać o czymś innym niż o sobie, może pewniej czułabym się na gruncie literackim. Ale teraz wszyscy piszą książki, wszyscy są psychologami lub filozofami. Talent – chyba przestałam w coś takiego wierzyć, albo raczej byłam zmuszona przestać wierzyć, bo moje talenty na nic mi się nie przydadzą. Nie chcę nawet o tych wszystkich „serio sprawach” myśleć, ale to żadne rozwiązanie. Naprawdę chciałabym przestać być smutną, ale chyba taka jest już moja natura. Słucham smutnej muzyki, lubię smutne książki i filmy. Te wesołe i optymistyczne też lubię, jednak nie zostają we mnie i mojej pamięci tak długo.
Zaczynam bredzić. Wybiła godzina czwarta – godzina smutnych piosenek o miłości, wspomnień, wspomnień, a, mam tego dość. Refleksja wczorajsza, która naszła mnie wczoraj w obuwniczym – „Już od czasów bajki o Kopciuszku wiedziano, że facetów najlepiej poznaje się na imprezie”. A piosenka która mnie aktualnie porusza to „Meet me halfway”, idealnie oddaje moje stany emocjonalne. http://pctk.org/1RYb2Q5F jakby ktoś jeszcze nie znał.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2010-01-03 o godzinie 04:17:09
skomentuj, jeśli chcesz.



I wanna run naked in a rainstorm, make love in a train cross-country

Rokrocznie nienawidzony przeze mnie lipiec już przeszedł, został jeszcze tylko złoty, słodki sierpień na przedwczesne osuszanie wrześniowych łez. Wakacje wakacjami – nie robię nic nadzwyczajnego, nie robię w zasadzie nic. Mimo to dzieje się całkiem dużo. Od fantastycznego Gdańska przez odlotowy Open’er po niesamowity spływ wcale nie taką ciekawą Brdą. Tyle wrażeń, całe mnóstwo, a mimo to chciałoby się jeszcze więcej i więcej, jakiegoś bodźca, by tylko wrzucić szczoteczkę i bieliznę do torby i jechać, wyjechać, podróżować, poznawać, chłonąć świat. Ale cóż, droga otwarta, cały sierpień przed nami. Pielgrzymowice, Rydułtowy, Boguszowice, Ostrava, Gliwice, Oświęcim, ukochana Warszawa – horyzont taki szeroki, jak nad morzem. Moje wakacje są najzwyczajniej zwyczajne, mój przeciętny dzień zaczyna się o wstaniem 10:00, potem śniadanie o 12:30, może obiad o 15:00, i ojej już jest wieczór i cały dzień przeleciał, i teraz to już tylko spanie daj boże żeby o 24:00, a w międzyczasie tylko komputer, ewentualnie książki i wielkie Nic. A na drugim biegunie krzyk podniecenia i ekstremalnego entuzjazmu, kiedy Faith No More zagrało „This Guy’s In Love with You”, niesamowite doznania przy M83, zauroczenie Sopotem, słodkie wspomnienia z okresu gimnazjum, ekstremalne wiosłowanie (zwłaszcza pod prąd), wirowanie gwiazd po grzańcu z piwem, wykańczająca podróż między wagonami z ładowarką w tyłku, kuszenie w nowych okularach, dogłebne doznania przy „Justify my love” Madonny (z podkreśleniem na teledysk), nieustanne pocałunki w pociągach, smak jagód, malin, a przede wszystkim czerwonych porzeczek… I deszcz, i Kasjopeja, i szary parasol, i skrajne marudzenie, i satelita, i Kozak, i finalnie ojej, chyba się zakochałam, mamo. I co najmniej prawdopodobne, najbardziej niezwykłe i niespodziewane: zdaje się, że ktoś zakochał się we mnie. I to wszystko, czym się żywię, to mi zupełnie wystarcza. Nie jest to miłość idealna, nie jestem w stanie opisywać jej w superlatywach, bardziej: niespotykana, dziwna, trudna, osobliwa, niepewna, nieśmiała, skromna. Ale wreszcie jest.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2009-08-07 o godzinie 00:52:04
skomentuj, jeśli chcesz.



Time stands still when I think of you.

Przeszłość. Nie lubię tego słowa. Przede wszystkim dlatego, że większości rzeczy nie pamiętam, a zapamiętana mniejszość to same przykre zdarzenia. Ostatnio dużo myślę o tym co było, kim byłam i gdzie byłam, pewnie dlatego by przykryć niewygodną nijakość zwyczajnie leniwych wakacji. Nawet z ciekawości otworzyłam Internet Explorera, używaną przeze mnie kiedyś przeglądarkę. Ulubione. Blogi – z dobrych 10 pozycji. Link do teledysku do „Sunday Morning” Maroon 5, przy którym rozpływałam się w marzeniach jak czekolada w ustach. Mnóstwo stron o protestach, akcjach, polityce. Homoseksualizm, wolny ateizm, anarchia, inicjatywy uczniowskie, stop Giertychowi, wolność, wolność, wolność, strona młodzieżówki Platformy – kiedyś moja dusza była bardziej zaangażowana w Duże Sprawy Tego Świata, potem zainteresowanie gdzieś uciekło, pomiędzy jednym autobusem a nocą z nosem w matematyce. Przypomina mi się, jak wiele głupich rzeczy kiedyś (wspólnie z Tobą, Katarzyno!) robiłam. Zaczepiałam ludzi, biednych licealistów, ubierałam dwie różne skarpetki, zafarbowałam włosy na wokalistę Crazy Town, jęczałam do Piotra aka Bezypyrymy z 3a, pisałam głupie notki na blogu i najchętniej skreśliłabym połowę rzeczy, którą powiedziałam, napisałam, myślałam. Ale teraz, jak patrzę na to wszystko z perspektywy bardziej doświadczonego gracza, myślę, że musiałam być całkiem szczęśliwa w swoim życiu, mimo niezliczonych ilości płaczliwych, inspirowanych depresją notek. Tylko szczęśliwi ludzie, nie widzą jakimi są kretynami (…).

Tak myślę sobie, że ja od tamtego czasu chyba niewiele się zmieniłam. Znaczy pod pewnym względem bardziej (Psychicznie? Mentalnie?) a pod pewnym prawie w ogóle (Mentalnie? Psychicznie?).Ludzie z otoczenia na przestrzeni wieków, regularnie zmieniani, bez względu na to, czy poznałam ich w podstawówce, czy w liceum, mają mnie chyba generalnie za taką nijaką ciapę, i choć zawsze staram się to zmienić, zawsze wychodzi na jedno.  Pamiętaj o potędze podświadomości, myśl pozytywnie, bądź pewna siebie, wierz w siebie, nie poddawaj się, idź za głosem serca, nie krytykuj siebie publicznie, uwierz w siebie. Chciałabym. Patrzę w lustro, na twarz, która z powodzeniem mogłaby należeć do jakiejś trzydziestoparolatki, i efekt wierzenia w siebie trwa do pierwszego spotkania z jakimkolwiek innym człowiekiem. Potem jestem już tylko ciapą. Nienawidzę ludzi, którzy uważają się za fajnych i lepszych, a nawet fajni nie są. Ja chyba nie umiem być kimś takim. Oh, please, lift me up!
Ciągle myślę tylko o jednym. Ale w sumie są wakacje, to działa dość terapeutycznie, prawie nikogo nie widuję, z podkreśleniem na obiekt moich niechcianych uczuć. Niestety fantazjuję.
Od zawsze nałogowo robię sobie nadzieje.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2009-07-02 o godzinie 00:03:46
skomentuj, jeśli chcesz.



You're on your own once more
Dorosłe życie przywitało mnie serią rozczarowań. Nie dość, że zupełnie zrujnowałam sobie humor na 19 czerwca, Depeche Mode nie przyjechali i prawdopodobnie jeszcze sobie poczekam, zanim przyjadą, nie dość, że olała mnie 2/3 moich znajomych i zwyczajnie bez powodu nie przyszła na moje urodziny, nie dość, że mama jest po operacji, nie dość, że w Budapeszcie straciłam dość sporo pieniędzy, nie dość, ach, nie dość. Doświadczam dorosłego życia jako szorstkiej, nabijanej odłamkami szkła ściany, po której wbrew sobie i chęciom trzeba wciąż się wspinać. Ale zdaje się nauczyłam się nie mieć dołka i przyjmuję wszystko, może nie z pokorą, ale jakimś zrezygnowaniem, przyzwyczajeniem, że tak po prostu jest i będzie. Życie nie wzbudza we mnie entuzjazmu, daleko mi do pozytywnej, życiowej energii jak z „Amelii”, mimo iż pora i piękne okoliczności przyrody jak najbardziej odpowiednie. Prawdę mówiąc od pewnego czasu czuję się zrezygnowana, zupełnie zrezygnowana, aż tak bardzo, że nawet zastanawiam się, czy ja ogólnie nie jestem wiecznie zrezygnowania. Nie chce mi się nic, zupełnie nic, bo jak tylko zacznę chcieć to na pewno tego nie dostanę, a tylko będzie boleć. Wolę się nie nastawiać, jadę bez wrzuconego biegu, bez konkretnego celu. Zwyczajnie z nudy moje kore angażuje się w uczucie, które personalnie ja od jakiegoś półtorej roku próbuję odsunąć od siebie najdalej. I im więcej mówię sobie, że to bez sensu tym bardziej moje myśli brną w nieodpowiednią stronę. Z resztą przez cały czas moja głowa jest jakby odcięta od rozumu, nawet, kiedy prowadzę samochód czy rozmawiam z przyjaciółmi. Jedyne co mnie pociesza, to perspektywa dość ciekawych wakacji, generalnie wakacji. Prapremierę już miałam, więc najgorszy szok nicnierobienia mam już za sobą. A potem Lenny Kravitz, spływ kajakowy, Warszawa, Madonna. Chociaż obawiam się, że jeszcze niejedno rozczarowanie przede mną. Chociażby w czwartek. Premiera naszego „cudownego” filmu, który kręciłam jedynie z myślą „boże, jak ja mam dość marudzenia aktorów, niech to się już kończy”. Wiec generalnie jedynie w tej tonacji widzę naszą małą bezbudżetową produkcję, która dość zjadła mi nerwów, czasu i pieniędzy. Czasami myślę, że wspaniale byłoby być reżyserem, Kreatywnym Reżyserem, Rozmarzonym Artystą, Wizjonerem, ale patrząc na to jak bardzo nienawidzę swojej pierwszej produkcji, nie jestem do końca pewna, czy to dla mnie taki dobry wybór zawodowy. A tyle nadziei pokładałam w Lecie. Bo Latem wszystko można. A wiosna, moja ulubiona? Przeszła niezauważona. Kocham „Sounds of the Universe”. Nawet nie wiem, którą piosenką zatytułować swoje życie, bo wszystkie się nadają. Bo tak bardzo jestem „In chains”, tak często uśmiecham się „In sympathy” i tak bardzo chcę wierzyć, że „peace will come to me”. Eh, pieprzy się wszystko. Jak to Życiu, przez duże Ż. Tak bardzo chciałabym być kimś innym.

Tak bardzo mi przykro, że nie mam nic dobrego i miłego do powiedzenia.
Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2009-06-12 o godzinie 16:04:43
skomentuj, jeśli chcesz.



I'm going to light up the world!

Słucham muzyki elektronicznej. Przyglądam się pastelowym kolorom ścian. Nadmiernie rozciągam moment odprężenia z laptopem na kolanach, muzyką w uszach, wystukiwaniem w Gadu-Gadu,  powolnym rozmyślaniem. Bo na co dzień, tam na zewnątrz jest inaczej.
Dużo podróżuję ostatnio. Jeżdżę autobusami, samochodem, rowerem, idę pieszo. Jestem w ciągłym ruchu i podświadomie powtarzam sobie: „Nie złapiesz mnie”. Na tym polega urok podświadomości, że zupełnie nie rozumiem kto mógłby mnie złapać, i dlaczego przed tym uciekam. Maskuję chwilową(?) niemoc podjęcia żadnej decyzji. Chcę być reżyserem? Lekarzem? Iść na zakupy? Chcę kupić tą sukienkę? Bluzkę? Te buty? O czym chcę z Tobą porozmawiać? Chcę obejrzeć film? Tak? Nie? Nie wiem. Ostatnimi czasy trochę zdziecinniałam. W przeddzień ukończenia osiemnastego roku życia zachowuję się tak, jak wówczas, gdy miałam piętnaście lat. Ale jestem szczęśliwa, na swój codzienny sposób. To dla mnie dziwny stan, zwłaszcza, że nie oznacza mniejszej ilości problemów czy założenia różowych okularów. Odkryłam w sobie tyle energii, codziennej ekspresji, wolności. Nie robię niczego spektakularnego. Tańczę myślami, rozkoszuję się nimi, płynę przez ocean fantazji. Wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być. Przez najbliższe 3 weekendy prawie w ogóle nie będzie mnie w domu. Rudy Raciborskie, Mińsk Mazowiecki i Warszawa, wspaniała Warszawa, Warszawa ukochana prawie jak na złość wszystkim „Ślunzokom”.  Za 3 tygodnie czeka mnie jedno z najgoręcej oczekiwanych przeze mnie wydarzeń. Płonę na samą myśl o tym. Jadę na koncert zespołu, który niezmiennie od pięciu, może sześciu lat jest moim ulubionym zespołem (wydaje mi się, że wymienianie nazwy tego zespołu jest zbędne). Zobaczę Dave’a na żywo. Radość eksploduje we mnie na samą myśl o tym. W moich odwiecznych marzeniach grali idealnie w moje urodziny, w Spodku. W rzeczywistości grają 5 dni przed moimi urodzinami, w Warszawie. Jak dla mnie jednak są to subtelne różnice. Ich najnowsza płyta wzięła cała moją duszę. I chociaż znowu trochę szkoła zaczyna walić się na głowę jak stary mur, to bilet na koncert trzymam przed sobą wysoko, jak sztandar i idę wpatrując się w niego jak w obrazek. Myślę, że marzenia się prędzej czy później spełniają. Może nie wszystkie, ale jeżeli choć trochę zaciśniemy kciuki, uśmiechniemy się do nadziei i losu to codzienne szczęście i marzenia są w zasięgu ręki. Tak to wygląda z mojej strony. Ktoś może powiedzieć, że tak naprawdę dążę do celu po trupach, wykorzystując wszystko i wszystkich, uświęcając wszelkie środki by osiągnąć cel. Ale halo, halo. Nikt inny za mnie nie będzie dbał o moje szczęście, samopoczucie, spełnienie. Wiem, brzmi to egoistycznie, może ujęłam to w zbyt ogólnikowe słowa; wiadomo, że każda sprawa wymaga osobnego rozpatrzenia. Z radością dążę do swoich celów, ale również jak tylko mogę pomagam zrealizować cele Innych. Ja wykorzystuję kogoś, ktoś wykorzystuje mnie. Myślę, że jest to całkiem logiczny układ. Ale nie mogę LICZYĆ na czyjąś pomoc. Muszę sama o nią poprosić. I wiecie co? Większość rzeczy w ten sposób w życiu mi się udaje. Czasami mam wprawdzie wyrzuty sumienia pasożyta – no ale cóż, mogę to skwitować jedynie tym, że nic na tym świecie nie jest bez wad. Moje życie się zmienia. Czuję się lubiana przez mężczyzn. Zaczynam lubić to, że jestem szczupła, mam usta ciemne jak maliny i oczy okrągłe jak myszka Miki i nos kartoflasty jak Kajko i Kokosz w jednym i liczne blizny jak seryjny morderca. Czuję się lubiana. Przez wąskie grono osób, ale jednak. W moim sercu zapanował spokój, o ile można mówić o czymś takim jak spokój w tak niespokojnym życiu romantyka.
„Kojarzenie romantyczności tylko ze stanem zakochania jest prymitywne i  banalne”. Ah, przypomniało mi się, jak poznałam kogoś podobnego do siebie. Odniosłam bardzo pozytywne wrażenie :).


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2009-05-06 o godzinie 22:41:33
skomentuj, jeśli chcesz.



To taki stan kiedy byle reklama zmusza do płaczu
Zabiłabym wszystkie swe nikczemności, które sprawiają, że ludzie do mnie nie lgną. Muszę być tym popierdolonym Innym? Po roszadach i zmianach taktyki w ostatecznych rozrachunkach zawsze pozostaję ja jedna sama. Pozostawiona. Ulatuje ze mnie zapach tendencyjności samotnego indywiduum zwykłej dziewczyny. Jestem Innym i nie umiem tego zrozumieć. Dzień zaczynam od aspiryny, kawy i wyciągu z konopi. Nie umiem przyciągać ludzi. Nie umiem być jak uwielbiana ona. Uwielbiane one, do których należę i nie należę. Stoję z boku, patrzę z boku i patrzę jak podrywasz wszystkie moje koleżanki. A ja mam nic, nic, nic, nic. Nie palić, nie pić, uśmiechać się i ładnie pachnieć. Grzecznie odpowiadać na „Zuza, co my właściwie mamy zadane z polskiego?” oraz na „Co mam zrobić, by się jej podobać?”.
Upłynnianie ludzi, ot co się dzieje, ludzie są płynni jak pieniądze, uciekają przez palce jak piasek. Jak się kończy spędzając każdy weselszy wieczór z innymi ludźmi i z kolejnymi Nimi gdzieś w pobliżu u boku. Ludzie przychodzą, odchodzą. Co gorsza, przyjaciele przychodzą, odchodzą. Oni przychodzą, odchodzą, choć boleśnie, to chyba jednak lepiej dla mnie. Ludzie przychodzą, odchodzą jak pieniądze. Pomyślałam nawet, że dość tych alkoholowych szaleństw, że potrzeba mi stabilizacji i spokoju. Ktoś mi w jedną noc pomógł i to był spokój i to było to, czego potrzebowałam. Zalkoholizowanego spokoju ogrzewanych dłoni i włosów. Ale ta noc minęła.
Potem, tydzień później wyłączyłam się, chciałam poczekać, aż zacznie działać moje tajemnicze zaklęcie. I to był błąd. Porównałabym to do jazdy na rowerze. Albo cały czas zapierdalasz, albo jedziesz wolno, w każdym bądź razie jeżeli przestaniesz to nic tylko gleba. Wywnioskowałabym, że ja chyba po prostu nie znam tempa spacerowego, tylko ciągle, ciągle, ciągle biegam a potem nic-nic-nic, gleba. Gleba chemiczno-matematyczna, gleba codzienna, gleba, oh, jak bardzo chce mi się spać, aspiryny, kawy, wyciągu z konopi.
Zabijam wszystko co we mnie dobre szukając. Szukam w barach, pubach, ciemnych zakamarkach własnego pokoju. Ach, zabiłabym za Chwilę prawdziwego Natchnienia.

Jestem na siłę dziwna, ale to wszystko przez Świetliki.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2009-03-07 o godzinie 14:43:16
skomentuj, jeśli chcesz.



Last train to London just leaving now...

Marzenia zaczynają mnie irytować. Po racjonalizm się nie chwytam, za bardzo boli. Głębsze przemyślenia leżą przytłoczone stertą brudnych, rutynowych i śmiertelnie nudnych spraw odłożonych na ostatnią chwilę. W gruncie rzeczy jedyną rzeczą, która utrzymuje mnie w stanie używalności jest sen na jawie. Jestem najlepszym, artystycznym twórcą swojego alternatywnego życia. W którym Istnieję. Umiem śpiewać, tańczyć i tworzyć, jestem interesującą, niebanalną osobą, pewną siebie, czarującą osobowością i wdziękiem… Nie, nie jestem żadnym pieprzonym Emo ze schizofrenią i jeszcze innymi urojonymi zaburzeniami! Po prostu czuję się jakbym była czymś związana, albo raczej skrępowana. Odrealniona, zaspana królewna. Jest tyle rzeczy, które mam ochotę robić, pokazać, zaprezentować. Jednak monotonna samotność jest jak – infantylnie porównując – dementor ze świata Harry’ego Pottera. Nie mówię tu już o samotności spowodowanej brakiem kogoś bliższego. Po 18 latach udało mi się wreszcie pogodzić z tym, że na tym świecie było, jest i będzie niewiele osób, które mnie tak naprawdę lubią, nie mówiąc już o jakiejkolwiek formie traktowania na poważnie. Mówię o takiej bolącej, prawie biologicznej, fizycznej samotności, najwyższej komnacie na najwyższej wieży gdzieś w miejscu, którego nie ma na mapach. Z resztą, owe późnonocne wypociny nie mają być formą żalu do świata, Emo notką o myślach samobójczych i poczuciu braku akceptacji. No, może trochę. W gruncie rzeczy tak naprawdę, zbyt brutalnie nic mi się nie chce. Być może jest to spowodowane – jak jedna z popularnych teorii mówi – brakiem słońca i zieleni. Być może – tutaj z pewnością podpisali by się moi rodzice – patrząc prawdzie w oczy jestem patentowym leniem, rozleniwionym do granic możliwości, zniechęconym życiem marudą. Jakkolwiek by nie było jestem w rękach bezmocy i stagnacji, co wewnętrznie mnie niezmiernie irytuje i frustruje. Mimo to jestem bierna, bo wszystko dookoła jest bierne. Taj bardzo chciałabym być milsza, uprzejmiejsza, bardziej zadowolona, optymistyczna i w ogóle ‘fajna’. Jednak ta bierność, ten chłód, ta samotność, ten sen i żal mnie drażniąco blokują. Jestem wiecznie niedojrzałym, rozmarzonym i jednocześnie chorym z żalu i zawiści romantykiem w świecie realistów i cyników. Zbyt wcześnie przepoczwarkowanym motylem, pingwinem-indywidualistą, jeżem, który obudził się w zbyt ciepłym styczniu. Nie zawsze może być dobrze i z przykrością poddaję się i stwierdzam: nie jest dobrze. Może dlatego niedorzecznie daję „odjechać ostatniemu pociągowi do Londynu”, podróżuję autobusami jak pies koleją, wydaję pieniądze na potęgę, poddaję się neurotycznie zmiennym nastrojom i w jakiś śmieszny, jedynie sobie znany sposób chronię przed bliżej nieznaną katastrofą. 30 uciśnięć i 2 wdechy potrzebne od zaraz.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2009-02-06 o godzinie 01:42:23
skomentuj, jeśli chcesz.



When you need a shoulder to cry on When you get so sick of trying Just hold tight to your dream
Jak już wcześniej wspominałam, powroty są trudne.
(…)
Zniszczyłam jedyny namacalny dowód mojego rozwoju intelektualnego. Stałam się bardziej niż zwyczajnym śmiertelnikiem, zatonęłam jeszcze głębiej. Bo, żeby coś zmienić, trzeba kopnąć w dupę całe swoje życie. Tak samo jak w tych wszystkich filmach: Czyż zmiana nie wymaga bardzo bolesnej decyzji? Czy może odbyć się bez dotkliwego porzucenia większości swojego dotychczasowego życia? Palahniuk w swej najsłynniejszej powieści idzie jeszcze dalej: „Dopiero gdy stracimy wszystko stajemy się zdolni do wszystkiego.” Prawdopodobnie dlatego tacy jesteśmy. Każdy z nas zmieniłby w swoim życiu to i owo, ale tak naprawdę każdemu z nas brak ku temu odwagi. Zmiany są zbyt niewygodne. I bolesne. I ja również czuję ból. Smutek. Tak naprawdę trzeba odwagi Supermena, by robić to co się chce, by być sobą. Już Szekspir pisał, że ” Tak to rozwaga czyni nas tchórzami”. Boimy się żyć. Wszystko jest jednorazowe albo na zapas. Nie ma duszy, nie ma życia. Są jedynie momenty, krótkie chwile, ulotne myśli, wewnętrzne pragnienia, wokół których w procesie dorastania budujemy gruby mur. Nie ma czasu na marzenia, bo musimy mieć pieniądze. Musimy mieć. Konieczność. I znowu Chuck „Nasze pokolenie nie toczy żadnej wielkiej wojny, nie zmaga się z żadnym wielkim kryzysem, ale przecież my też walczymy, prowadzimy wielką wojnę o duszę. Prowadzimy wielką rewolucję przeciwko kulturze. Nasze życie to jeden wielki kryzys. Przechodzimy kryzys duszy.”
Obudź mnie. Obudź się. Bo tak naprawdę warto żyć jedynie dla samych siebie. Żyć samu sobie. Być samym sobą. Chłonąć świat. Obudzić się z tego przebrzydłego marazmu , w którym konsumpcjonizm powoli wypiera nasze największe wartości. Bo przecież Werter jest śmieszny, Mickiewicz jest głupi, Antygona jest nienormalna, Jezus jest naiwny.
Czy nasze szczęście musi przybierać wielkość willi z basenem? Nie chodzi mi tylko o materializm. Tak naprawdę szczęście jest czym małym, czymś, czego nie zauważamy. Bo czy nie warto żyć dla motywu przewodniego ‘Tajemnic Brokeback Mountain”, dla piosenek ze „Sweeney’a Todd’a”, dla rozmów z przyjacielem, dla błysku w oku, dla małego sukcesu w „Kinomaniaku”, dla czekolady, dla AK nieuchwytnej błyskotliwej myśli, dla własnych fantazji, dla własnego ja, własnego świata, dla własnych myśli, dla mądrości, dla ulubionych filmów, dla zainteresowań, dla koncertu Depeche Mode, dla każdego wybuchu śmiechu?
Czy my naprawdę musimy mieć tak wysokie wymagania od życia?

Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2008-12-05 o godzinie 16:02:35
skomentuj, jeśli chcesz.



If I could change a grain of sand into a pearl I would

Początki są trudne. Powroty jeszcze trudniejsze.
Według „Diuny” początek to „czas dla podjęcia najbardziej pedantycznych starań, by wszystko znajdowało się na swoim miejscu.”.
Kurwa! To nie jest wypracowanie maturalne! Jeszcze raz. Albo. Pomińmy ten trudny okres. Okres? Tę trudną część.
(…)
Okej. Hm. Czy ja właściwie mam jeszcze cokolwiek do powiedzenia światu?
W poszukiwaniu natchnienia przeczytałam 10 swoich ostatnich notek. I nic.
Zastanawiam się, kiedy dałam upust swej dziwnej wyobraźni, trochę wymęczonej twórczości.
Zdecydowanie zbyt dawno temu. Porzuciłam sztukę, literaturę, ostatnimi czasy nie mam nawet chwili by obejrzeć jakiś dobry film. Przestałam głośno wyrażać swoje emocje, swoje myśli, swoje własne poglądy. Przestałam tak jakby w ogóle je mieć. Okres stagnacji, regres, recesja. Tak, tak, widać, że uczyłam się na język polski.
Uderz mnie mocno w serce!
Zmieniłam adres zamieszkania, szkołę, przeżyłam wspaniałe wakacje, wypadek samochodowy, tradycyjnie się zakochałam i porzuciłam.
„Kiedy przegryzał jej tętnicę jego tętno nie podniosło się ani o jotę.”
Jesteśmy jak te głupie laski, które walczą ze sobą w kisielu. Naszym kisielem są wszelkiego rodzaju tzw. wartości wanitatywne.  Mamy nim zaklejone oczy, ale mimo to walimy tipsami na oślep.  Byłam taka świadoma, taka mądra, a i tak dałam się naciągnąć na jakąś tanią, modyfikowaną genetycznie marchewkę z importu. Co my tak naprawdę mamy z postawy werterowskiej, cech grupy społecznej, wzorów Viete’a, zębów homodontycznych, stałej dysocjacji?
Mondrość. Wiedze. Tak, tak. Maturę. Karierę. Tak, tak. Jestem niepoprawna, fruwam z głową w chmurach. Ale tylko głową. Bo muszę się już żegnać. Na angielski się pouczyć. (…)
Nie no! Nie jest tak źle! Nie, nie jestem Emo!
Uratowałam dziś życie synogarlicy tureckiej dwa razy ryzykując swoje.
I nawet często wpadam w dobry nastrój. Czasem nawet się uśmiecham! Nawet nie czasem, zaryzykowałabym stwierdzenie, że często!
Bo ze mnie jest taki mały, głupi werter. Rozdarcie wewnętrzne, indywidualizm.
A przede wszystkim: NIKT MNIE NIE KOCHA!

No, tak, ale przecież to głupie jest, tak się rozczulać. Lepiej jest się pouczyć. Taaa.
If I could fall In love again
I’d fall In love with you

PS.: Tęsknię, Clementine.


Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2008-10-15 o godzinie 21:57:19
skomentuj, jeśli chcesz.



Mr Sandman, I'm so alone, don't have noboby to call my own
Kolejne dwa wieczory rozpuszczałam się jak Aspiryna na migrenę w szklance wody. Byłam żywym dowodem na to, że bajka o Brzydkim Kaczątku zawiera w sobie ziarnko prawdy. Uwierzyłam w siebie, a reszta przyszła sama z siebie. Z długopisu, którego trzymam w swej lewej dłoni, coraz intensywniej wystrzeliwują serduszka na niewinną powierzchnię kartki papieru...
Tysiące razy. Prawie na pamięć czytam fragment umieszczony po lewej („Gnój” Wojciecha Kuczoka), ale nigdy nie umiem wykorzystać zawartej w nim pointy. I kolejna okazja przeszła niewykorzystana, a ja siedzę w ciemnym, jakby odizolowanym od reszty świata, pokoju i cierpię piekielne katusze. Bo mogło być. Pięknie? Dobrze? Cudownie? Wspaniale? W sumie nie wiem, po co mi godzinę układana fryzura, 2 centymetry mniej w talii, nowe techniki makijażu, doprowadzanie się do stanu wręcz prawie idealnego, kiedy nawet nie umiem być tym, kim chciałabym być i robić to, co chciałabym robić. I co muszę zrobić. Niewykorzystana okazja jest jak rozlane mleko, którego nie można z powrotem wlać do kartonu czy butelki. Teoretycznie nie powinnam nad nim płakać, ani się żalić, bo zawsze mogę kupić drugie. Ale boję się, że tak jak Tony podczas pierwszej wizyty w polskim sklepie usłyszę słowo „brak”.
Niezaspokojoną potrzebę miłości zaspokajałam wizytą w Czechach, które kocham, i których przekroczenie granicy zawsze wprawia mnie w dobry humor. A potem próbowałam, tak, z nudów, nieudolnie poderwać czeskiego sprzedawcę. Później to ja stałam się ofiarą Wietnamczyka. Całkiem budujące przeżycia. A na dokładkę duże zakupy, które też uwielbiam prawie jak Czechy.
A teraz jest wieczór, rolety w gwiazdki już zasłaniają mi cały świat. A raczej są po to, aby cały świat nie zaglądał do mnie. W każdym bądź razie siedzę w klaustrofobicznej przestrzeni swojego pokoju, całkiem sama, nie licząc kota, który śpi w dużym pokoju. „Lubię noc, bo w nocy uczucie osamotnienia jest uzasadnione”.(Tak powiedział kiedyś mój były, nie wiem, czy to jego własne słowa, czy kogoś cytował, w każdym bądź razie teraz pasuje mi tu jak ulał). Moje piekło (patrz: lewo) mnie trawi i pożera.

Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2007-05-13 o godzinie 20:32:39
skomentuj, jeśli chcesz.



And all that I can see is just a yellow lemon tree
W sumie ciężko jest wracać tak po dłuższej nieobecności. W ogóle nie wiem, od czego zacząć. Wiadomo, wszystko się pozmieniało, tak bardzo, że samej ciężko jest mi to ogarnąć, uporządkować, nazwać, opisać. Tradycyjnie trwam na dziwnej huśtawce nastrojów; raz śpiewam sobie jak Pointer Sisters „I’m so excited!”, a po domu, czy po ulicach poruszam się z gracją i temperamentem pań z reklamy soku Toma, a raz siedzę taka dziwna, pusta w domu, wszystko wydaje się takie ciężkie, zwłaszcza moja czupryna, nie chce mi się nawet wstać i iść do kuchni coś podebrać z lodówki. W sumie prowadzę niezwykle zwykłe życie zwykłej nastolatki, i w sumie nie mam, o czym za bardzo pisać, i w sumie mogłabym już tę notatkę skończyć, ale bezsensem byłoby kończyć to, co się ledwie zaczęło.
I'm sitting here in a boring room
It's just another rainy Sunday afternoon
I'm wasting my time, I got nothing to do
I'm hanging around, I'm waiting for you
But nothing ever happens -- and I wonder

Ogólnie filmy oglądam, czytam książki, a co sobotę można mnie spotkać w „Famie” albo bardziej rozpustnym McDonaldzie. Ogólnie „Don’t bring me down, gross” i dalej „You got me runnin’ goin out of my mind, You got me thinkin’ that I’m wastin’ my time, You wanna stay out with your fancy friends, Im tellin’ you its go to be the end” I ogólnie rozbudziałam w sobie uczucie do Electric Light Orchestra. Czy do kogoś innego? Być może. Są takie momenty, że tak, że fruwam dwa centymetry nad ziemią (pomijam momenty, w których krążę po dziale z pieczywem w sklepach), że już, że oczy mi się błyszczą, że wzdycham nazbyt głośnie… A potem uświadamiam sobie, jakie to durne, głupie, i zastanawiam się, czy to wszystko jest naprawdę, czy tylko sobie wmówiłam, albo czy mi się tylko nie wydawało. Kiedyś przyjdzie ten moment, że będę wiedzieć. Może. W sumie żyję swoim słodkim życiem i mam się wygodnie jak pączek w maśle, żadnych zmartwień związanych z szkołą, co miesiąc impreza osiemnastkowa, po prostu żyć, nie umierać, hulaj dusza, piekła nie ma!
I'm driving around in my car
I'm driving too fast, I'm driving too far
I'd like to change my point of view
I feel so lonely, I'm waiting for you
But nothing ever happens, and I wonder

Ale tak sobie siedzę, w taki spokojny weekend i nudzę się jak flaki w oleju, marnuję czas na jakieś zupełnie małoważne rzeczy, kiedy można by zająć się takimi super, takimi „och i ach”, wspaniałymi, niezwykłymi. W sumie ciężko jest mi zmieniać swoje nudne życie na jakieś bardziej pasjonujące. Myślę, że lepiej jest docenić, to, co się ma, niż porywać z motyką na słońce, czy na rodziców z pazurami, żebyśmy gdzieś pojechali i robili coś fajnego, albo przynajmniej by mi pozwolili takie rzeczy robić.
I'm sitting here, I miss the power
I'd like to go out taking a shower
But there's a heavy cloud inside my head
I feel so tired, put myself into bed
Where nothing ever happens -- and I wonder

Ale w Rybniku było przyjemnie. Naprawdę lubię takie wyprawy. O 7 rano do Szczejkowic, potem autobusem do Żor, potem drugim autobusem do Rybnika, potem półgodzinne błąkanie po centrum, potem cappuccino i ciastko wiśniowe, a na koniec 3 godzinne łażenie po Plazie Centrum. Albo wcześniej, bombowy koncert Maryli Rodowicz. Tylko, że byłam taka sama…
Ciiii!
Isolation is not good for me
Isolation -- I don't want to sit on a lemon tree
I'm stepping around in a desert of joy
Baby anyhow I'll get another toy
And everything will happen -- and you'll wonder

Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2007-05-06 o godzinie 18:24:02
skomentuj, jeśli chcesz.



Is this love that I'm feeling?
Notatki zapisane kilka miesięcy wcześniej na jednej z nudnych lekcji angielskiego:
Wszyscy kochają święta i na samą myśl o nich uśmiechają się, a ich serce wypełniają się tajemniczym, wewnętrznym ciepłem. Zaczynają myśleć o prezentach – zarówno o tych, które dostaną jak i o tych, które podarują. Święta to połączenie czerwieni, zieleni i bieli z odrobiną żółcieni starych lamp ulicznych. Większość spędzi je w domu, z rodziną rozmawiając i oglądając telewizję. Będą jeść i zwyczajnie tyć w oczach. Gdyby spojrzeli na swe poczynania obiektywnie pewnie uznaliby je za stratę czasu; tylko święta mają magiczną moc spajania rodziny, której członkowie na codzień nawet ze sobą nie rozmawiają. Święta są pamiątką po narodzinach Jezusa Chrystusa, jednak sądzę, że niewielu ludzi tak naprawdę to obchodzi.
Kilka tygodni przed świętami:
Powietrze zaczyna pachnieć świętami. Wszystko dookoła zostaje opanowane przez czerwono-zielono-białą manię. A najbardziej denerwują nas reklamy zabawek. Świąteczne przeboje przybywają na listę odtwarzania Windows Media Plater. I niedługo zjawi się on: wesoły grubas w niemodnych, czerwonych ciuchach.

Święta były mało świąteczne. Wigilia była kolacją, a Boże Narodzenie zwyczajnymi, nudnymi odwiedzinami u dziadków. Zostałam właścicielką nowego, niebieskiego swetra, zegarka w tym samym kolorze i gry komputerowej. No i zgodnie z tradycją świąteczną kilku zbędnych kilogramów. Moje włosy przybrały kolor płomieni ogniska i zupełnie nowy kształt. Moja wiedza biologiczna nie zwiększyła się ani o jotę, pomimo tęsknych wołań podręcznika. Sylwester miał styl filmu „Arizona Dream”, a ja spłonęłam na stosie, niekoniecznie za herezje i czarnoksięstwo. Fajerwerki poszły na drugi plan.
Najpiękniejsza jest jednak poranna cisza po Sylwestrowej burzy przynosząca nadzieję na nowy rok.

Zostańmy tak, ja tutaj a ty tam
Tak długo jak to nieme kino trwa
Nie proście nas by wam do tańca grać
Już czas, już czas myć zęby i iść spać

Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2007-01-01 o godzinie 13:11:19
skomentuj, jeśli chcesz.



Say, say, say what you want!
Grudzień jest już śmiertelnie zmęczony, choć dopiero się zaczął. Wzdycha jedynie gęstą mgłą. I możemy mieć tylko nadzieję, że wyłonią się z niej dziwne postacie i wszystko zmienią. Wszystko porusza się z gracją rozmoczonych w mleku płatków Neastle Fitness.
Pozostało mi jedynie śpiewać markerem na tekturach i ścianach „Zaopiekuj się mną, nawet, gdy powodów brak…”, wysyłając w ten sposób swoje SOS, trzy kropki, trzy kreski, trzy kropki. Stałam się swoim własnym niewolnikiem, a na głowię dumnie noszę cierniową koronę Jebanych Ambicji. I już wszystko traci smak. Powoli stajemy się bałwankami, niemogącymi znieść swej zimowej niezgrabności w kurtkach i czapkach.
Kiedy powiem sobie dość (a to już niedługo będzie, albo niedawno było) za zabawkowe pieniądze kupuję starczą ekscentryczność, włosy Alberta Einsteina, obyczajowość Mistrza Yody. Mam kurwiki w oczach i nie zawaham się ich użyć. „Tu jest ławka, zdejmij bluzkę”. Figlarny uśmiech i wszystko nabiera nimfomanistyczno - wolościowych barw. Błysk w oczach a ja już zwariowałam. A może nagle po prostu zrozumiałam, że jestem zwyczajną nastolatką?
Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2006-12-06 o godzinie 22:09:26
skomentuj, jeśli chcesz.



You give me something! Something that nobody else has got! (Ogólnie Madonna i Jamiroquai)
Anglicy mówią na to „lucky break”. Coś, co jest niezwykle miłym, długo oczekiwanym uśmiechem losu. W prawdzie wszystko, co się dzieje, jest jeszcze dziwniejsze niż było, coś jak poukładany świat histeryka, człowiek nieodczuwający żadnego pociągu seksualnego i interesujący się owadami zamieszkującymi Indie. A jednak przez chmury jestem w stanie dostrzec niewielki uśmiech słońca.Pomimo tego, że jest dziwna jesień, która – moim zdaniem – jest za mało jesienna. I taki dziwny stan w stylu filmu dokumentalnego o schizofrenikach. Po prostu śmieję się jak głupi do Sera. Coś jak zastępowanie kokainy mlekiem w proszku, a papierosów – gumami do żucia uwielbianymi przez przedszkolaki.

Kiedy jesteśmy dziećmi, wszyscy dorośli w swych infantylnych, sepleniących, ciumkających adoracjach dają nam do zrozumienia, że świat składa się wyłącznie z dzieci, my zaś jesteśmy tegoż świata „bozie-mój bozie jakie to ślićne” pępkiem. Ledwie zdążymy wziąć to oszustwo za dobrą monetę, nagle poważnieją, przestają się wygłupiać i mają do nas pretensje, że sami przestać nie chcemy.**

Już nie ma siły na beznadziejne umartwianie się, smarowanie popiołem i wyrywanie włosów. A po tym wszystkim trzeba zapomnieć imię tego, który odszedł. Jednak czy tak łatwo zapomnieć o egoistycznym, zbyt bardzo oklepanym i prozaicznym, szczęściu?

Kiedyś, jeszcze jako dziecko zapytałem ją, jak jest w piekle. Matka odpowiedziała mi wtedy zadziwiająco pewnie, jakby już tam była, jakby to była autopsja, a nie wyobrażenie:
- Synku, w piekle na powitanie pokazują ci wszystkie Twoje niewykorzystane szanse, pokazują, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś we właściwym czasie wybrał właściwe wyjście. A potem pokazują ci wszystkie te chwile szczęścia, które straciłeś śpiąc, wiesz, synuś, że my przesypiamy połowę życia? I tym wszystkim śpiochom takim jak ty pokazuje się w piekle, co mogli w życiu osiągnąć, gdyby budzili się w porę.
- A potem? Mamusiu, co się dzieje potem, kiedy już to wszystko pokażą?
-Potem, synku, zostawią cię samego z twoimi wyrzutami sumienia. Na całą wieczność. Nie ma już nic ani nikogo. Tylko ty i twoje wyrzuty sumienia…
**

Czyżby moją Strefą Szczęścia były i „góralskie” kapcie, i przesłodzona herbata, i spokój, i dom, i książki, i milczące telefon i Gadu – Gadu, i święty spokój, i antypośpiech, i zwyczajna, statyczna, dusząca nuda?
I nie ma miejsca na szalone imprezy, wariackie wariacje, dziecinną nierozsądność, śmiech przyjaciół i przyjaciółek, bycie młodzieżowym, byciem na top, bycie po prostu fajnym?
„Mamy ostrego, ale niegłupiego trenera, intryganckie lub pustogłowe koleżanki, przeambicjonowane mamusie – a także wrednych jurorów oraz wiele powodów do młodzieńczego buntu. Wszystko to w jaskrawych kolorach i zmiennych rytmach, z niekiedy fajną muzyką – i z pingpongowatym dialogiem, w którym impertynencja uchodzi za błyskotliwość.”*
Ja chyba tu nie pasuję.


Matka starego K. wypatrzyła w końcu młodzieńca, który mimo niezłomnej pozycji podściennej nie sięgnął do kieliszka ani żadnej rozmowy; młodzieńca, który w absolutnej samotności spozierał trzeźwym, wyrazistym wzrokiem na pląsające pary, a też i na akurat nieporwane w tan pannice; wzrokiem, który błagał o litość, bo choć chłopak miał proporcje szlachetne, cierpiał na tę przypadłość, iż był absolutnie niezauważalny, należał do tych, których się potrąca na ulicy i nie zwraca uwagi nawet wtedy, kiedy się za nami oglądają i wrzeszczą, że można, chociaż przeprosić. Młodzieniec miał wypisaną na twarzy kronikę klęski miłosnych; co nadawało jej wyraz desperacji; wydawało się wręcz, że lada moment zdobędzie się na gwałtowny akt natychmiastowych oświadczyn wobec niewiasty uznanej za najmniej wymagającą i ugrzęźnie w tragicznym małżeństwie do końca swych dni (bo że był z tych, co to się nie rozwodzą, też się wiedziało po pierwszym wejrzeniu).**

Jestem i nie jestem sama. Jestem największym zwycięzcą konkursu O Zdrowiu. Jestem największym przegranym Swojego Życia.

* Fragment recenzji filmu „Spadaj” autorstwa Pawła Mossakowskiego. Oczywiście z Gazety Wyborczej.
** fragmenty powieści Wojciecha Kuczoka pt.„Gnój”

Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2006-11-01 o godzinie 18:06:16
skomentuj, jeśli chcesz.



The lights go down and there's no one around
Zawsze przychodzi w życiu taki czas. Kiedy wraz z krwią w żyłach płynie wstręt do samego siebie. Kiedy się uświadamia sobie, że jest się nudnym, że trzeba zmian, i jednocześnie jest się za słabym, by je podjąć. Kiedy stając przed lustrem mówiąc do samej siebie „fuj”. Przestaje się wierzyć w cokolwiek a zwłaszcza w samego siebie.

kiedy cię widzę
to się wstydzę


I się wierzy, że kiedyś będzie lepiej, mimo tego, że zdaje się sobie sprawę, że życie to nie bajka. Że nie zawsze może być kawior. A jednak jest się zaślepianym przez nadzieję, choć już dawno powinno się ją wyrzucić do najbliższego kontenera. „Bo kiedy mówimy ‘Jestem pewien, że odejdzie’ wciąż mamy nadzieję, że zostanie”.

zakrywasz twarz przed ciosem
robisz milion głupich min


Wszechobecna rutyna, apatia doprowadzają mnie do jeszcze gorszego stanu. Kiedy chce się coś zrobić, jednocześnie mając wstręt do wszystkiego. Bo się nie uda, bo życie to nie bajka i nie zawsze może być kawior. Bo się jest jednym z tych szarych, zwykłych, nieatrakcyjnych, bezosobowych. bezosobowych po prostu przykro się robi na widok własnej bezsilności.

A kiedy nie będę wierzyć już w nic,
uratuj mnie, przed moją własną bezradnością

tak tak - tam w lustrze
to niestety ja


I nastało najgorsze z możliwych – zostałam sama.

Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2006-10-19 o godzinie 08:09:28
skomentuj, jeśli chcesz.



But that's not the shape of my heart
A co, jeżeli to była moja chwila? A gdybym umarła? Gdybym zrobiła jeszcze jeden krok? Czy gdyby samochód próbował przyhamować siła odrzutu byłaby aż tak ogromna? Czy będę w stanie jeszcze spać spokojnie? Albo przechodzić przez jezdnię bez nerwowych spojrzeń lewo-prawo? Myśleć o tym? Że może to jakiś wpływ Boga? Czy jednak zwykły przypadek? Czy powinnam to tak przeżywać? Co czuć? Czy po prostu zapomnieć o wszystkim? A może wręcz przeciwnie – z zwężonymi źrenicami przeżywać na nowo, budzić się w nocy i krzyczeć Czy to powinno wpłynąć na moje życie? Czy powinnam się nad tym zastanowić, wykorzystać świeże doświadczenie by rozmyślać nad Życiem i Śmiercią? Co powinnam myśleć? Jak się zachować?

A wiadomościach po prostu powiedzą, że na alei Piłsudskiego wydarzył się wypadek: potrącono kobietę, ta jednak przeżyła i znajduje się w szpitalu.

Tę notatkę napisał Pieprz Ziołowy dnia 2006-10-06 o godzinie 20:21:57
skomentuj, jeśli chcesz.




Księga Gości,
E-mail,
GG:1119291,
Blog.pl,
Aneta,
Wampir,
Waiting for the night,
ForumHOME,
Jackson Galaxy - koci behawiorysta,
Lukrecja,
Skarpetowa,
Publicznie Prywatna Galeria,
Facebook,
Last.fm.

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin
Od 20 września 2011 r.
Zdjęcie zrobione przeze Lukrecję Czerwonajcio.
Szablon zrobiony przeze mnie.
Cytat z piosenki Depeche Mode "When the body speaks".